czwartek, 26 czerwca 2014

Zaklęcie 13: Pain

Ból prawego przedramienia wyrwał mnie z głębokiego snu. Oczywiście, Mroczny Znak. Usiadłszy na łóżku, przewróciłam oczami i ubrałam t-shirt z Avenged Sevenfold, czarne podarte rurki i pieszczochę na lewy nadgarstek. Szybko zasznurowałam glany, starając się nie myśleć o piekącej jak cholera ręce. Różdżkę schowałam do buta, na ramiona zarzuciłam skórzaną kurtkę i cicho wyszłam na dwór. Tylko ja wiedziałam, gdzie w Zakazanym Lesie znajduje się Świstoklik do miejsca spotkań Śmierciożerców. Do dziś pamiętam dzień, w którym złożyłam Wieczystą Przysięgę i tym samym przyjęłam misję, bycia posłuszną Sami-Wiecie-Komu.
-Faye, ty szmato, do mnie!- warknął groźnie Lord Voldemord.
-T-tak panie?- szybko przydreptała mała blondyneczka. Tak, to byłam ja. Miałam wtedy sześć? Może siedem latek.
-Jesteś już dostatecznie dorosła i doświadczona, by zostać Śmierciożercą. Chcę, byś złożyła mi przysięgę wiecznego posłuszeństwa!
-Jak sobie życzysz, panie.- dygnęłam. Ojciec co prawda nadal nie miał swego prawdziwego ciała, lecz już przerażał.
-Faye Riddle, czy przysięgasz być mi wierną, posłuszną aż do śmierci i nigdy, ale to NIGDY nie sprzeciwić się woli Czarnego Pana?- zaczął. Osobnik, stojący obok wyciągną w tym momencie różdżkę.
-P-przysiędam.- odparłam i w tym momencie z różdżki nieznanego wypłynął strumień jasnego języczka, który oplótł nasze złączone dłonie.
-Czy przysięgasz wykonywać każde moje polecenie, nie ważne jakie by było?
-Przysięgam.- kolejny strumyczek światła oplótł nasze ręce.
-I w końcu, czy przysięgasz do końca swego marnego żywota być Śmierciożercą, na dobre i złe?- szyderczy uśmiech zatańczył na twarzy ojca, wyraźnie zadowolonego z tego co robi. Nie wiem czemu, a raczej nie wiedziałam, kiedy składałam tę Wieczystą Przysięgę.
-Przysięgam.- dopowiedziałam, a kolejny języczek oplótł nasze dłonie, zwinął się wokół nich jak wąż wokół ofiary. Prawa ręka zapiekła mnie niemiłosiernie, a ja odruchowo chciałam cofnąć rękę, lecz osoba trzymająca mnie za nią, nie pozwoliła na to. Upadłam na kolana, a z gardła wydobył się przeraźliwy krzyk.

~*~
-Czemu wzywasz mnie o tej porze, panie?- uklęknęłam przed zdeformowanym ciałem ojca. Znajdowało się ono we Wrzeszczącej Chacie. 
-Już czas, byś opowiedziała mi o swoich poczynaniach wobec zadania, które powierzyłem ci na początku roku.- powiedział, wpatrując mi się w oczy. Szybko odwróciłam wzrok ku podłodze.
-Ja… Kompletnie o nim zapomniałam. Poznałam tylu wspaniałych ludzi, lecz ostatnio pokłóciłam się z kimś dla mnie ważnym…
-Dość!- przerwał mi Sami-Wiecie-Kto, wyraźnie wkurzony.- Wiedziałem, że nawet tak prostej rzeczy jak udawanie przyjaźni, czy choćby śledzenie Potter’a jest dla ciebie za trudne. Jesteś na to zbyt głupia.
-Przepraszam, panie.- skuliłam głowę, wiedziałam już co mnie czeka.
-Glizdogonie- zwrócił się do sługi, stojącego przy fotelu na którym się znajdował.- Wiesz co robić.
-Taak, panie.- wysyczał tym swoim szczurzym głosikiem i skierował starą różdżkę w moją stronę.- Crucio!
Cierpienie, jakiego doznaje się po tylu latach obrywania tym niewybaczalnym zaklęciem jest niczym w porównaniu z pierwszym trafieniem. Nigdy nie zapomnę pierwszego uderzenia cruciatą. Zemdlałam wtedy na trzy dni. Trzy!
Znowu ból. Tak, ból to mój przyjaciel, proszę poznajcie go. Jest wkurzający i go nienawidzę. Chyba będzie towarzyszył mi do końca życia.
-Zawiodłem się na tobie, aczkolwiek daję ci kolejną i ostatnią szansę.- powiedział dumnie Tom Riddle.- Kiedy przyzwę cię ponownie masz zdać mi cały referat na temat poczynań Potter’a w tym roku!
-Tak jest, panie.- po dłuższym namyśle dodałam.- Potter bierze w tym roku udział w Turnieju Trójmagicznym, całkiem dobrze poszło mu ze smokiem z pierwszego zadania. Nie długo odbędzie się wielki bal, a zaraz po nim kolejne zadanie. Można by wtedy …
-Nie! Na razie nie będziemy nic robić. Pilnuj go i tyle. Najlepiej postaraj się zdobyć jego zaufanie, załatwimy go podczas ostatniego zadania.- zadecydował, po czym dodał.- Możesz odejść.
-Tak jest.- ukłoniłam się wiernie i skierowałam w stronę drzwi. Już miałam wychodzić, gdy usłyszałam wkurzony syk.
-Och, wybacz Nagini.- to był ukochany wąż ojca. Niechcąco nadepnęłam jej na ogon, na szczęśnie nie gniewała się długo. Zawsze dogadywałyśmy się jak siostry, dwie krople wody. Niestety tym razem nie miałam okazji z nią długo porozmawiać, gdyż ojciec zaraz zawołał ją do siebie. Szkoda. Tak bardzo chciałabym zabrać ją ze sobą do Hogwartu!
~*~
-Gdzieś ty była tyle czasu?!- krzyknęły Eve i Diana, kiedy przekroczyłam próg dormitorium.
-Wybaczcie, musiałam … Pójść na spacer.- odparłam, opadając na kanapę. Nie dawałam po sobie niczego poznać. Moja twarz była zupełnie bez wyrazu, jak pierwszego dnia.
-Braciszek mówił mi co się stało, wiesz między tobą, a Karonem.- zagaiła Dianka.- Wszystko w porządku?
-Taa.- rzuciłam niedbale. Cenię to, że tak się o mnie nagle zaczęła troszczyć, lecz nie powinna wpychać nosa w nie swoje sprawy. Jednak było coś, co mnie zdziwiło, a mianowicie zachowanie Potterówny na tę wiadomość.
-Serio pokłóciłaś się z Dziadzią? To super, wreszcie będę mieć szanse! Wcześniej był tak zapatrzony w ciebie…
-Super, cieszę się twoim szczęściem, ale błagam zamknij się. Nie chcę NIC więcej słyszeć na ten temat! To sprawa pomiędzy mną, a Karonem, więc odwalcie się obie!- krzyknęłam.
-Jaka sprawa? Czy ja o czymś znowu nie wiem?- zapytał chłopak, podchodząc do nas. Był to osobnik, o którym właśnie wspomniałam.
-Wiesz o wszystkim, spokojnie. Czepiły się tej sprawy z Malfoy’em.- odparłam zimno, nawet na niego nie patrząc.
-Haha, zostawcie ją bo poleci do tego debila.- po chwili dodał cicho.- Emo strapostrzał*
-Wal się.- warknęłam przez zęby.
-Nie, nie będę się walił.
-Oj daruj sobie.- odparłam, po czym wstałam i skierowałam się w stronę drzwi.- Dla uściśnienia, mnie i Draco nic już nie łączy.
-Jaaasne.- wkurzał mnie już. Ewidentnie wyprowadzał mnie z równowagi i chyba o to mu chodziło. Spokojnie Faye, ochłoń. Policz do dziesięciu, spokojny wdech, wydech.
-Eve, Diana wyjdźcie na chwilkę. Chcę porozmawiać z Karonem sam na sam.
Dziewczyny spojrzały na siebie, potem na mnie i na chłopaka, lekko zdziwione i zdezorientowane, ale po chwili zniknęły za drzwiami sypialni.
-Bal Bożonarodzeniowy jest jutro. Ja… Chciałam się…- znowu napad kaszlu, lecz mimo ostrego drapania, wręcz pieczenia w gardle dokończyłam.- Chciałam się zapytać czy nadal chcesz ze mną iść?
-No. Jestem jednak zdania że danego słowa muszę dotrzymać.
-To fajnie.- lekko się uśmiechnęłam, lecz szybko przywołałam ostatnie wspomnienia.- Ehh.. To wszystko co chciałam. Przepraszam, za zajęcie czasu.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi do sypialni. Jednak coś mnie zatrzymało przed naciśnięciem klamki. Stanęłam przodem do wejścia i oparłam czoło o zimne drewno. Boże, co się ze mną dzieje. Serce zaczęło mi szybciej bić, ledwo łapałam tchu. Odwróciłam się na chwilę, by ponownie spojrzeć na chłopaka, stojącego w salonie.
-Uważaj na śrubę, wystającą z kanapy i proszę, nie rób sobie krzywdy z powodu takiej debilnej suki jak ja…
-Gdybyś widziała moje ręce.- wystawił mi zabawnie język, lecz nie zareagowałam na to.
-Proszę.- tylko tyle byłam w stanie powiedzieć, ból gardła był nie do zniesienia. Odsunęłam się od drzwi i usiałam na parapecie, znajdującym się w ścianie pomiędzy sypialnią dziewcząt, a pokojem chłopców. Jednak wychrypiałam jeszcze coś.- Tylko o to jedno cię proszę.
Jednak Karon nie odpowiedział. Jedyne co robił to bawił się tą durnowatą śrubą.
-Zostaw ją, jeszcze coś sobie zrobisz.
-No i fajnie.
-Nie, nie fajnie!- krzyknęłam, po czym zakaszlałam.- Daj sobie spokój. Żyj tak, jak przed poznaniem mnie, będzie ci lepiej. Gdyby nie przysięga już dawno by mnie tu nie było.-dodałam ciszej.- Możliwe, że nawet byśmy się nie poznali.
-Próbuje ale nie ma tu tych, co by mi pomogli.- w tym momencie załapałam. Brak mu przyjaciół, najbliższych. No tak, niby tyle osób go uwielbia, lecz tak naprawdę z nikim nie spędzał tyle czasu, co ze mną lub pisząc listy do jakiejś tajemniczej osoby.
-Rozumiem.- odparłam i przyłożyłam policzek do lodowatego szkła. Nadal siedziałam w kurtce, choć w pomieszczeniu było ciepło, a zimna szyba regulowała moją temperaturę ciała.
-Nie rozumiesz. Axela, mojego przyjaciela wyrzucili z tej szkoły. A Avi, drugi przyjaciel, szuka ojca...
-Och… Wybacz, nie wiem co powiedzieć.- oderwałam się od szyby i skuliłam, biorąc kolana pod brodę. Dodałam cicho.- Za głupia jestem.
-Nie dziwię się.- przejechał po śrubie, tak jakby chciał się przeciąć. Zareagowałam na to momentalnie. Wstałam, po czym podbiegłam do niego i chwyciłam stanowczo, aczkolwiek delikatnie jego nadgarstek. Lekkie przecięcie krwawiło nie wielką stróżką. Spojrzałam mu prosto w zbolałe oczy, widząc w nich cierpienie, jakie przeżywa. Oderwałam kawałek koszulki, jednej z ulubionych i zabandażowałam ranę.
-Przepraszam za wszystko.- powiedziałam i chwilowo stchórzyłam, chciałam uciec jak zawsze do zacisznego miejsca, lecz nie! Ciekawość reakcji wzięła górę.
- Eche. Nie musisz... ale coś mnie ciekawi... czemu? Czemu próbujesz być dla mnie dobra?- to pytanie mnie zdziwiło. Na chwilę odebrało mi mowę.
-Ja… Sama nie wiem, od początku ci ufałam, od pierwszego cholernego dnia. Były długie momenty, że wahałam się co do uczuć jakimi obdarzam ciebie, a jakimi twego kuzyna.- przerwałam na chwilę, gdyż przypomniał mi się dawny sen, jeszcze z początku roku. -Wróć i żyj, jest tam bowiem chłopak któremu na tobie zależy. To usłyszałam od pewnej kobiety, gdy zemdlałam. Objawiła mi się we śnie. Pamiętam, że czuwałeś wtedy nade mną w szpitalu. To był pierwszy raz, gdy pomyślałam, że może jest, czy raczej będzie między nami coś więcej. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy o kim mówi. Nie wiem, czemu staram się być taka dobra. Może dlatego, że nie chcę by ktokolwiek z osób, pośród których się znajduję cierpiał? Może po prostu nie pasuję do tego domu, ani do rodziny. Nie wiem…
-Echh... nawet Axel nie powiedziałby nic aż tak głupiego. Proszę cię. Czemu akurat tu trafiłaś? Nie wiem, może dla tego że w twoich żyłach płynie krew Voldzia? A to co mówiłaś o śnie... może to była osoba ci bliska, która nad tobą czuwa... a z resztą- machnął ręką i wstał z kanapy. Idąc w stronę pokoju obejrzał się.- Nie moja sprawa.
-Heh. Ludzie mówią różne głupie rzeczy. Tak bywa. Dobrej nocy.- dodałam ciszej, lekko zawstydzona, wolałam by tego nie słyszał.- Pomyślałam wtedy o tobie, bo nie ma osoby mi bliższej.
Ból. Nigdy nie chciejcie go doświadczać. Szczególnie bólu psychicznego, on jest najgorszy. Zostawia ślady na całe życie.

*Emo strampostrzał – moja przyjaciółka czasem tak mówi, usłyszała to chyba na jakimś filmku… Jakiś łysy z Trolling na Teem Speek’u to mówił. Nie wiem, nie znam się.


środa, 25 czerwca 2014

Zaklęcie 12: My immortal

Przyjaciel, wrogiem. Kochana osoba, nienawistną istotą. Jestem już zmęczona trwaniem tu, wciąż otoczona mymi dziecięcymi lękami. Chcę płakać, lecz łzy ledwo przychodzą przez gardło, w myślach ciążą mi te wspomnienia radości, kiedy wspólnie śmialiśmy się i żartowaliśmy. Twoje walki, rycerska postawa. Moja naiwność, wykorzystana.
Idąc przez boisko do quidditcha, natknęłam się na sławnego Draco Malfoy’a. Chłopak, widząc moje łzy, opuścił kolegów i podszedł do mnie.
-Co się stało?- pogładził mnie czule po policzku, starając się dostrzec odpowiedź w zapłakanych, czerwonych oczach.- To przez Karona?
Nie odpowiedziałam. Stałam, wpatrzona w stalowoszare tęczówki blondyna. Mówił coś, lecz nie mogłam dosłyszeć co, własne myśli zagłuszały wszystko wokół. Marzyłam tylko o spokojnym miejscu na parę godzin.
-Chyba rzucam szkołę.- rzuciłam prosto „z mostu”, najwidoczniej przerywając mu wypowiedź. Wyraźnie zaskoczony, odsunął się krok w tył i zmierzył wzrokiem od stóp do głowy.
-Czemu?
- Po co mam tu gnić? Powinnam siedzieć w Azkabanie, a nie beztrosko uczyć się w Szkole Magii i Czarodziejstwa.
- Bredzisz. Pewno poprztykałaś się z moim kuzynkiem i nie masz humorku. Spokojnie laska, zawsze masz mnie.- mrugnął, zwodząco.- Będziesz chciała się odprężyć to wal do mnie.
- Draco… Jakim cudem patrzysz w moje oczy jak w otwarte drzwi, które prowadzą wprost do wnętrza mojej duszy?- popatrzyłam na niego, lecz w odpowiedzi otrzymałam tylko milczenie.- Sądzisz, że każda ulegnie twojej nieskazitelnej cerze, tlenionym włosom i przepięknym oczom? Możliwe. Lecz mnie nie zdobędziesz teraz tak łatwo. I’m without a soul!
-Faye…- pierwszy raz wymówił moje imię w ten sposób. Z szacunkiem. Zdobyłam go! Choć nie do końca. Znowu uśmiechnął się w ten swój nonszalancki sposób.- Wpadnij do mnie później, pomogę ci się odprężyć.
W tym momencie nie wytrzymałam. Uderzyłam go w policzek, na którym pozostał mocno czerwony ślad.
-Wal się!
~*~
Drzewa w Zakazanym Lesie są bardzo wygodne. Idealne na nocne przemyślenia.
Czemu ze mną zawsze jest coś nie tak? Zaczęło się od tego, że w ogóle się urodziłam. Teraz kończy się na utracie najbliższego przyjaciela. Że też musiałam go tak zranić…
Ból w klatce piersiowej jest nie do opisania. Znowu zaatakował mnie kaszel, serce raz bije nienaturalnie szybko, a raz tak wolno, że mam wrażenie iż przestało bić. Uczucie, jakby paliły się twoje płuca… Znasz to? Wątpię.
Kiedy katorga, jakby od zaklęcia cruciaty, wreszcie przeszła moje powieki odmówiły posłuszeństwa i zamknęły się. Zasnęłam i pogrążyłam się w snach.
Mała dziewczyna siedziała w ciemnym kącie na zakurzonej, drewnianej podłodze. Skulona, obolała, zapłakana. Na oko miała maksymalnie sześć lat. Przed nią stał wysoki mężczyzna, który krzyczał na wystraszoną blondynkę. W ręce trzymał jakiś kijek, nie, przepraszam- różdżkę. Celował nią prosto w dziecko, wypowiadając co rusz „crucio”. Zaklęcie niewybaczalne zadawało małej niesamowity ból.
Nagle przeskok. Inna scena, czy raczej inna osoba. Sytuacja wciąż taka sama, lecz malutka dziewczynka podrosła. Długie włosy miała splątane w dwa warkoczyki, jej ciało zaczynało powoli przybierać bardziej kobiece kształty. I nagle znowu, dziewczynka przerodziła się w około trzynastolatkę. Płakała i ubrana w koszulkę z napisem Asking Alexandria oraz czarne jeansy, próbowała odeprzeć ataki mężczyzny, zaklęciem Protego.
W pewnym momencie wszystko zniknęło, akcja przeniosła się na miejsce, wyglądające na strych. Dziesięcioletnia, psychicznie dojrzała Faye siedziała na starej skrzyni. Faye? To chyba ja… Opierając jedną nogę o kłódkę, kładłam rękę na udzie. Zakrwawioną rękę. Na nadgarstku, świeżo wyryty napis „Should die” zaczynał coraz bardziej zachodzić krwią. Zimna żyletka nadal lizała swymi ostrymi językami moją rękę, sprawiając ból nie aż tak mocny, jak zaklęcie torturujące, lecz wystarczający, abym mogła się uspokoić. Tak, dawało mi to dziwny spokój, może wręcz podniecenie. Małe dziecko, a już takie rzeczy wyprawia. No cóż, tak to jest, kiedy nie ma się dzieciństwa i trzeba zadbać o siebie w młodym wieku.
Nagle blondyneczka straciła przytomność, podcięła odpowiednią żyłę, nie zatamowała krwi, która krzepła i zatrzymywała wciąż lejącą się resztę.

~*~
Te rany zdają się nie goić. Ten ból jest po prostu zbyt prawdziwy. Tego jest tak wiele, że czas nie może wszystkiego wymazać. – takie były moje pierwsze myśli po przebudzeniu się. Spojrzałam na blizny sprzed dwóch lat i pierwszy raz dziś się uśmiechnęłam. Sprawiał mi satysfakcję fakt, że mogę zrobić to znowu. Po raz kolejny mogę zemdleć i nie obudzić się przez długi czas, po raz kolejny moje żyły mogą się otworzyć, pokazując piękno soczystej, czerwonej krwi, zarówno żylnej, jak i tętniczej. Sen przypomniał mi o bólu przeszłości, ale i teraźniejszości. Znów przed oczami pokazał mi się Karon, próbujący pokonać mój strach przed jednorożcami, usłyszałam jego śmiech, tak wyraźniej, jakby stał pod drzewem i śmiał się, wraz z Eve i Dianą. Następnie do umysłu zagościła mi wczorajsza scena. Przeczucie, że chłopak chce zrobić sobie krzywdę. Dopiero zdałam sobie sprawę jaką naprawdę jestem egoistką, żeby nie zauważyć tak oczywistego faktu. Zawsze trzymał się ze mną, od początku. Pomagał mi, troszczył się, a nawet bronił. To nie była przyjaźń. Teraz rozumiem, dlaczego dziewczyny co wieczór, przed snem szeptały, że zazdroszczą mi. Tak, nawet one to zauważyły, a ja byłam zbyt przyćmiona urokiem Dracona. Jak mogłam być tak naiwna?! Już nic nie mogę zrobić, przeprosiny to za mało. Najlepiej zostawić w spokoju to wszystko, odejść, zapomnieć. Czas przyzwyczai nas do bólu. Jeśli nie- któreś zginie za drugie. Obym to była ja. Z moim charakterem i osobowością nigdy nie zaznam spokoju na ziemi. Za to Lestrange ma tyle fanek… Na świecie jest tyle wspaniałych kobiet, a on wybrał akurat mnie. Widocznie naprawdę życie mu nie miłe i chciał je pogorszyć. Mam nadzieję, że miło mu się ułoży.
Mimo śniegu i mrozu, coraz większego i nie do wytrzymania, trwałam pomiędzy gałęziami wysokiego drzewa. Czułam się tu bezpieczna, ale i samotna. Czy człowiek może żyć samotnie? Zapewne tak, lecz każdy w końcu wpadnie w szał, oszaleje. Czy to się właśnie ze mną dzieje? Od dziecka sama, wiecznie poniżana, najgorsza ze wszystkich. Niegodna miana Śmierciożercy. Niegodna nazwiska Riddle, splamionego krwią rodów, rodzin, dzieci. Znów zapłakałam, a łzy zdawały się zamarzać na mych policzkach. Jakim cudem moje ciało wciąż się trzymało, mimo cienkiego materiału piżamy i lekkich kapci? Czemu nadal czułam delikatne ciepło, w głębi? Moja krew dawno powinna zamarznąć lub chociaż zwolnić przepływ na tyle, bym straciła przytomność. Coś trzymało mnie wciąż przy życiu, zapewne była to magia. Po głowie wciąż krążyły mi własne słowa: „Give me a break!” . Chyba rzeczywiście postaram się, by więcej mnie nie zobaczył, moja obecność sprawia mu ból. Widziałam to w jego oczach, gdy wszedł do salonu wspólnego Ślizgonów i zauważył mnie przy kominku. Chciał, bym o nim zapomniała, lecz proces ten ma być długi i bolesny. Czemu żadne z nas nie użyje Obliviate? Karonowi zapewne zależy, bym świrowała z tęsknoty. Lecz ja… Nie chcę zapominać. Pragnę pamiętać każdą wesołą chwilę spędzoną z nim, każde jego słowa otuchy, gesty, jego osobowość. Przywykłam do bólu, powinnam jakoś to znieść. Szkoda mi go. Przeze mnie zniszczył sobie życie. Przeze mnie …
… może umrzeć!
Na tę myśl, diametralnie wyprostowałam się i spadłam z drzewa. Upadek był niezbyt bolesny, ciało zdążyło mi już zdrętwieć i zamarznąć, na tyle, że nie odczuwam bólu. Szybko pobiegłam w stronę pokoju z nadzieją, że kolega nadal stoi przy kanapie. Wpadłszy do salonu, zastałam pustkę. Odrobina kurzu unosiła się od powiewu wiatru, wywołanego otworzeniem drzwi, w pomieszczeniu panował półmrok, jedynie ogień z kominka rozświetlał wnętrze. Spojrzałam na róg starej kanapy i zauważyłam zakrwawioną śrubę oraz ciemno-czerwoną strużkę na zniszczonym materiale i kamiennym podłożu. Zrobił to, tak jak przewidziałam. Ehh… Chcąc pójść do pokoju, potknęłam się o coś. Od razu spanikowana, usiadłam na podłodze i zobaczyłam zimne ciało Karona. O Boże, o Boże, o Boże! Zabiłam go! To znaczy… Tak jakby, w końcu to moja wina.
Krew na jego prawej ręce zdążyła stężeć, ukazując czerwone pręgi na bladym nadgarstku. Była taka ciemna, dobrze znałam ten tym. Nie mogłam się ruszyć, serce stanęło mi na moment, by po chwili zacząć bić z zawrotną szybkością, która omal nie rozsadziła mi piersi. Leżał tak, siny i zimny jak trup, jego klatka nie poruszała się. Mimo to, w głębi nadal iskrzyła nadziej, że jednak żyje, dlatego szybko sprawdziłam, czy tętno na jego szyi jest choć trochę wyczuwalne. Jednak zawiodłam się. Nic. Wbrew wszystkiemu zbliżyłam policzek do jego ust i znieruchomiałam. Czułam powolne, delikatne muskanie powietrza.
Jednak śmierć go nie dopadła! Biegnąc do łazienki po wodę utlenioną i bandaż, parę razy wywróciłam się, bądź zatrzymywałam z powodu napadów kaszlu. W końcu jednak dotarłam z powrotem do wykrwawiającego się Karona. Delikatnie oczyszczając ranę, modliłam się, by był cały i zdrowy. Kiedy chciałam zawiązać mu rękę bandażem, przewrócił się na drugą stronę. Zaśmiałam się cicho, orientując się, że śpi. To dobry znak. Adrenalina powoli mijała, co odczuwałam przez zmęczenie i drgawki. Olewając to, dokończyłam opatrywanie kolegi i zaniosłam go do sypialni chłopców. Ciężki! Taki malutki i chudziutki, a taki ciężki! Faceci to mają dziwną anatomię.

Hej, tu autorka! Dziś krótko, to fakt, ale jeszcze w tym tygodniu pojawi się kolejny rozdział. Dlaczego? Otóż w niedzielę (29.06.14r.) wyjeżdżam na obóz. Ale spokojnie, po powrocie będę nadal kontynuować to wakacyjne opowiadanie o... roku szkolnym (?) Haha, wiem, pogmatwane xD 
Z pozdrowieniami! 
~ P-chan 

czwartek, 12 czerwca 2014

Zaklęcie 11: Niespodziewany zwrot akcji

Odwróciwszy się na drugi bok, leniwie otworzyłam oczy. Obok leżał chłopak w masce-ten sam, który parę godzin wcześniej opiekował się mną.
-Awwww… Dobry.- mruknęłam, lecz nie doczekałam się odpowiedzi. Szturchnęłam Karona łokciem w żebra, lecz on tylko odwrócił się na drugą stronę.
-Podubka, już ranek!- prawie krzyknęłam mu do ucha, budząc inne dziewczyny. Widocznie zmęczone, przetarły oczy, niektóre usiadły w miękkiej, jednolitej pościeli.
-Czego się wydzierasz?- oburzyła się Diana Malfoy, zmysłowa, blond włosa piękność, zadziorna i wścibska jak brat.
-Wybaczcie za pobudkę. Nie długo śniadanie.- jak zwykle nie mogłam się nie zająknąć. Zbyt krótko znam te dziewczyny, trochę się wstydzę.
-Śniadanie?! Ktoś powiedział śniadanie?- mówiąc to, Lestrange zerwał się na równe nogi, mało nie upadając, pod tknąwszy się o kołdrę.
Wszystkie zachichotałyśmy. Chyba lekko się zdezorientował, a może speszył, orientując się, że jest w pokoju pełnym dziewczyn.
-Karonek, kotku, pomóż mi.- Eve jak zwykle zatrzepotała rzęsami, próbując poderwać kolegę. Powodzenia jej życzę, on chyba w dziewczynach nie gustuje, nie zauważyłam, by jakaś szczególnie wpadła mu w oko.
-Spierrr… Spadaj Potterówna.- syknął.- Faye, idziesz?
-Tak, chwilka.- już miałam wstawać, by odziać szkolne szaty, gdy po chwili dodał:
- A, nie, ty leżysz! Już, do łóżka!
-Ale..- zaczęłam, lecz mi przerwał.
-Żadnego „ale”! Leż, wpadnę potem z jedzeniem.
-Dziękuję.- bąknęłam, całując go w policzek, oczywiście wcześniej odchylając maskę.
Nagle rozległo się głośnie „uuuuuu”, na co chłopak spojrzał groźnie na obecnych w pokoju i wyszedł.
~*~
Czekałam i czekałam, lecz Karona ze śniadaniem się nie doczekałam. W końcu, czując przeszywający ból w żołądku, postanowiłam sama udać się do kuchni po posiłek.
W salonie wspólnym Ślizgonów spotkałam ciekawego osobnika- Draco Malfoy’a. Spojrzał na mnie znacząco, klepiąc ręką miejsce obok, na kanapie. Grzecznie usiadłam, zawstydzona. Takie ciacho!
-Jak się czujesz?- zapytał słodkim głosem. Jego uwodzący głos, platynowe blond włosy.
-Lepiej. Trochę głodna, Karon miał mi przynieść jedzenie.- odparłam zrezygnowana.
-Biedna.- pogładził delikatnie moje włosy.- Kuzynek już taki jest. Chamski i cyniczny.
-Nie prawda!- zaprotestowałam, oburzona.- On jest miły, czuły, kochany…
Nie skończyłam wymieniać, ponieważ Smoku mi przerwał.
-Karon?! HaHaHaHa! Ty co, zakochana?
-N-nie! Co ci przyszło do głowy?- zrobiłam się czerwona jak burak. Karon to mój przyjaciel… Prawda?
-Wiesz.. Kuzynek się w tobie zakochał.- wzruszył ramionami, jego szata delikatnie poruszyła się.- W sumie nie on jeden.
Normalnie wryło mnie w fotel! Czy on właśnie? Nie, to nie może…
-Chwila! Chcesz powiedzieć, że ty i Karon…
-Kocham cię.- po tych słowach nasze wargi zetknęły się w namiętnym pocałunku. Nie wiem jak to się stało, całkowicie się w tym zatraciłam. W końcu chłopak, którego kocham, wyznał mi miłość. Lecz Karon… To nie możliwe, Draco pewnie chciał mnie zmylić.
Kiedy oderwaliśmy się od siebie, moje wargi delikatnie pulsowały, ciało było rozpalone. Kochałam go i pragnęłam na zawsze.
Wnet poczułam czyjś wzrok. Odwróciłam głowę i odskoczyłam, zdziwiona. Przed nami stał Karon, z wyrazem złości, wręcz furii.
-O, cześć maluchu.- odezwał się, wyraźnie rozbawiony Malfoy.- Zabrałem ci zdobycz? Jaka szkoda.
-Crucio!- w końcu nie wytrzymał. Jednak blondyn musiał mówić prawdę, ponieważ w normalnych okolicznościach Lestrange nie wkurzyłby się aż tak.
Dracon zwijał się z bólu przez długie minuty, może nawet godziny, a ja jedynie siedziałam. Siedziałam wystraszona, czując że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Jeśli nie dostanę zawału, będzie cud. Nigdy nie widziałam człowieka, którego aż tak przejmuje gniew. Nawet Lord Voldemord potrafi być łaskawszy i zabić ofiary, lecz nie on. Ten chłopak na pewno zostanie kiedyś kimś większym niż Czarny Pan.
-K-Karon.- w końcu ledwo wydukałam, cicho i ochryple.
-Czego?!- krzyknął, ledwie powstrzymując łzy, napływające mu do oczu. Szybko przetarł je ręką.
-J-j-ja…. P-przepraszam.- bosh, tak bardzo się bałam. Choć nie raz już oberwałam, wręcz śmiertelnym zaklęciem, to czułam, że moc Karona jest silniejsza niż taty- Nie złość się. To tylko jeden p-pocałunek. Spokojnie.
-Haha! Śmieszna jesteś! Mam was dość! Ciebie, Draco i wszystkich! Ciesz się że ty tak nie skończyłaś!- wybiegł gdzieś, wkurzony i zrozpaczony. Boże, że ja tego wcześniej nie zauważyłam! Byłam taka głupia…
Na pewno… Na pewno go straciłam. Osobę, której mogłam powiedzieć wszystko. Był dla mnie przyjacielem, mogłam zauważyć jego uczucia. Tylko jak? Pierwszy raz mam do czynienia z miłością, czy nawet przyjaźnią. Może źle to oceniłam? Najlepiej byłoby, gdybym zgodnie z pierwszymi założeniami trafiła do Azkabanu i gniła tam teraz, nie poznawszy nikogo. Ani Draco, ani Karona. Przez wieczne życie w zamknięciu nie wiem teraz nawet jak się zachować!
Nie mogąc nic zrobić, usiadłam w kącie, obok kominka, by nie przykuwać zbytniej uwagi, gdyby ktokolwiek postanowił zawitać do salonu i schowawszy głowę w ramionach, cicho załkałam z bezsilności.
Po godzinach siedzenia skulona, trochę odrętwiała usłyszałam otwierające się drzwi. Wszyscy uczniowie już dawno spali, więc reagując na dźwięk, odwróciłam się, lecz pozostałam w cieniu, rzucanym przez kąt kominka. Mój zawsze ciemny i mocny makijaż przed godzinami rozmył się na policzkach, oczy były czerwone, a powieki sine.
-Karon!- odruchowo wychrypiałam, czując ulgę, że nic mu nie jest. Jednak nie jestem pewna co do innych uczniów…
-Czego ty znowu chcesz?- warknął, nawet na mnie nie patrząc.
-Wybacz, niczego. – odpowiedziałam smutno i z powrotem oparłam się o komin.- Cieszę się, że wróciłeś i żyjesz.
-Echem. Wsadź se w d… Wal się z tymi nieszczerymi słowami.
-Mówię prawdę!- prawie krzyknęłam, resztką głosu.- Przepraszam, że tego nie zauważyłam.
Szepnęłam prawie nie słyszalnie. Wiedziałam, że i tak mi nie wybaczy, ale co więcej mogłam zrobić?
-Nie. Nie mówisz. Wolałabyś widzieć tego debila Draco!
-Właśnie, że nie.- znowu ledwo wypowiadałam słowa. Gardło paliło nie miłosiernie i znów poczułam ten okrutny ból w klatce piersiowej, płucach, co podczas powrotu z wypadu na kremowe piwo.- Nie martwię i nie martwiłam się o niego, bo wiem, że jest bezpieczny. W tej chwili bardziej obchodzisz mnie ty!
Przerwałam na chwilę, by zaczerpnąć tchu, nie dając po sobie poznać bólu.
-Mam mętlik w głowie, nigdy nie wiedziałam co to miłość, przyjaźń. Znałam tylko strach i rozpacz. Udrękę. Ale nagle los zesłał mnie tu i poznałam ciebie oraz Draco. Dwóch wspaniałych chłopaków. Myślisz, że to łatwe? Wybrać pomiędzy wami, gdy dopiero teraz dowiedziałam się o tych uczuciach?!
-Leć do niego! Każda go woli! Już mnie mdli od was! Fick dich!- nie wytrzymał, wybuchnął.
-Ja… - zawahałam się, po czym wstałam szybko, ignorując skurcz mięśni i pokazując się w świetle kominka i świec z żyrandola.- Gówno mnie obchodzi, że każda woli jego! Ugh… Life is shit! Mogłam iść do Azkabanu!
Odwróciłam się i usiadłam po turecku przed kominkiem, próbując oddychać spokojnie i miarowo.
-Nie patrz w ogień bo się zesrasz. Draco cię nie będzie jeszcze chciał.- zaczął się szyderczo śmiać. Irytujące. On naprawdę mnie już nienawidzi.
-No i super, cieszę się niezmiernie! Jak nie Malfoy, to inny, zawsze mogę zmienić orientację! Fuck off! Give me a break. Jeśli tak bardzo tego chcesz…
-Mam to gdzieś.- dodał po cichu.- Co z tego, że nie zrozumiałem tego po angielsku.
-Więcej mnie nie zobaczysz.- dodałam, szeptem.- To oznacza „give me a break”.
Wstałam, popatrzyłam się na niego znacząco, po czym skierowałam w stronę drzwi. „Więcej mnie nie zobaczysz”. Tak, to zdanie mówiło samo za siebie, tak samo jak „powinnaś umrzeć” na moim lewym nadgarstku. Tym razem nie mam zamiaru się zabić, o nie, po tym co przeżyłam mam zamiar wywalczyć wolność. Wpierw jednak chcę jeszcze trochę samotności, muszę wszystko przemyśleć na spokojnie.
-Żegnaj.- szepnęłam, omijając kanapę.
-Nara!- krzyknął, gdy mijałam próg salonu. Nie odwracając się za siebie, stanęłam na chwilę i dodałam ostatnie słowa, zanim wyszłam.
-Mam nadzieję, że odnajdziesz kiedyś szczęście i miłość.
-A ja… że nie.- nie zauważyłam tego, lecz wiem, że próbował namierzyć nadgarstek tak, by nadziać na śrubę, wiecznie wystającą ze starej kanapy.
~Perspektywa Karona~ 
Stałem przed Faye i Draco, gdy on mówił do niej „Kocham cię” tym słodkim jak miód w uszach głosem. Nie wytrzymałem. Moje oczy zrobiły się szkliste od łez. Chciałem jej w końcu wyznać to, co do niej czuję. Teraz piękne uczucia zmieniły się w nienawiść, gniew, złość. Myślałem, że może jednak ona też coś do mnie czuje.
Przypomniało mi się czemu noszę maskę. Nie dlatego, że moim ulubionym DJ’em jest Jan Werner, ale także dlatego, że takie dziewczyny jak ona wyśmiewały się ze mnie. Najpierw mówiły, że mnie „lubią”, a potem wyśmiewały z innymi. Faye mnie OŚMIESZYŁA! BYŁEM DLA NIEJ MIŁY. Nawet jeśli tego nie chciałem, byłem miły. Gdy była nad jeziorem to JA ją szukałem! To ja z nią zostałem, mi mogła zaufać! Koniec z miłym Karonkiem! Wracam do normalności! Do chamskiego Karonka Lestrange!
Gdy skończyli się całować, Draco dostał Cruciatę, ale nie delikatną. Zwijał się z bólu. Mój głos drżał, oczy były przeszklone. Jestem sadystą, więc podszedłem do niego i z glanowałem! Nie jestem agresywny, ale jak widzę, że ktoś się liże z moją ukochaną to tak, chcę mu gonga na mordę pociągnąć! Faye coś do mnie powiedziała. Bała się. Wyraźnie się BAŁA! Miała powód. Chciała mnie uspokoić. NIKT MNIE NIE USPOKOI!
Wyszedłem, trzaskając drzwiami. Nie obchodziły mnie lekcje, ani Dumbledore, ani Snape, ani NIC! Poszedłem do jednorożca. Nitro powitał mnie radosnym parsknięciem. Przez chwilę, trwającą kilka godzin, byłem najszczęśliwszym człowiekiem. Wróciłem jednak do rzeczywistości, gdy dostałem list od przyjaciela. Opisał mi w nim, czemu nie przyjechał kibicować koledze ze szkoły. Chciał wiedzieć, co u mnie. Odpisałem mu:
Siema Axel! 
Co u mnie? STRASZNIE! Opisywałem Ci miłość mojego życia, ale jak to mówi Karramba „Miłość to bzdura!”. Może od początku. Wszedłem do salonu. Chciałem jej powiedzieć, co do niej czuję, ale mój ukochany kuzynek do niej „Kocham cię”. Przyssali się do siebie na jakieś pięć minut. Jak skończyli się lizać, Draco coś powiedział. Potem dostał z cruciaty, a na dokładkę z glanowałem go. Wył z bólu =) W KOŃCU ON BYŁ SŁABY! Szkoda, że nie ma Cię już w Hogwarcie. 
Tęsknię. Do zobaczenia w święta! 
Karon Lestrane 

~*~ 
Dalej czułem się źle, lecz zobaczyłem, że jest ciemno. Wchodząc do szkoły zorientowałem się, że wszyscy już śpią. Pokierowałem się do sypialni. Chciałem się przespać z tym, że już jej nie chcę. Wolę być sam, niż z nią. Wolę umrzeć!
Wszedłem do salonu. W cieniu, w rogu między kominem, a szafą siedziała Faye. Chyba płakała. Z resztą miałem to w du… poważaniu. Już nawet nie chciałem jej widzieć, a na pewno nie chciałem z nią gadać! Nie pamiętam, a może raczej nie chcę pamiętać co mówiła. Na pewno wiem, co do niej powiedziałem! Gdy patrzyła w ogień nie wytrzymałem.
-Nie patrz w ogień, bo się zesrasz.- zawsze chciałem to powiedzieć. Coś tam jeszcze pomarudziła, lecz mnie zainteresowała mała, ostra śrubka wystająca z kanapy. Napiąłem żyły, by było łatwiej je dziurawić. Gdy wyszła, udało się! Z mojej prawej ręki płynął potok krwi! Ja sam zasnąłem.

czwartek, 29 maja 2014

Zaklęcie 10: Historia tajemniczego jeziora

-Hmm… Dziwne, bardzo dziwne.- podsumował profesor Dumbledore, kiedy usłyszał moją opowieść. Po przekroczeniu murów szkoły, znów byłam sobą. Karon zaprowadził mnie wprost do dyrektora, chcą dowiedzieć się czy to, co się stało było opętaniem, chorobą, czy złym zaklęciem. Wtedy też opowiedziałam o wszystkim co się stało, co czułam i robiłam, będąc nad tajemniczym zbiornikiem wodnym. Gdy zamykam oczy wciąż widzę gładką, mimo wiatru i chłody, lekką jak poranna rosa, taflę.
-Nie wiem co się ze mną stało, to było okropne. Przepraszam. Nie powinnam wchodzić do Zakazanego Lasu, na początku roku ostrzegał pan przed niebezpieczeństwami kryjącymi się tam.- powiedziałam, patrząc na kubek z kakałkiem, który trzymałam w ręku.- Przyjmę każdą karę, jaką pan mi da.
-Sądzę, że owe zdarzenie było wystarczającą karą, ale posłuchaj mnie uważnie, panno Faye.- mówił wciąż z niezwykłą powagą i troską.- Nie wchodź tam więcej, nie ważne jak bardzo będziesz tego pragnęła, bądź musiała. Nie wchodź do lasu. Ostatnio to miejsce jest coraz niebezpieczniejsze, później przejdę się tam osobiście, wraz z czarodziejami z Departamentu, by to sprawdzić. Jednak najlepiej byłoby, gdybyś trzymała się z dala tego miejsca.
-Oczywiście.- odparłam, powstrzymując łzy. Było mi głupio przez to, co zrobiłam.
Poprawiłam koc, który dyrektor dał mi po tym, jak przebrałam się w ciepły sweter i dżinsy. Wcześniej zauważyłam także, że nie mam bandażu na ręce, musiał mi spaść, gdy pływałam. Dobrze, że nikt tego nie zauważył.
-Karonie, proszę, zaopiekuj się koleżanką.- zwrócił się do osoby, stojącej obok mnie.- Pilnuj jej i nie pozwól wychodzić na zewnątrz. Jeszcze bardziej się rozchoruje.
-A ty moja panno- tym razem zwrócił się znów do mnie.- Idź prosto do łóżka i kuruj się, bo słysząc twój kaszel jestem pewien, że złapałaś zapalenie.
To prawda, kaszlałam niemiłosiernie, prawie tak, jak pamiętnego wieczoru. Wysmarkawszy nosa w chusteczkę, którą dostałam od profesora Albusa, wyszłam z gabinetu.
~ * ~
-Przepraszam.- powiedziałam do Karona, siadając na łóżku. W pokoju byliśmy tylko my, gdyż dziewczęta uganiały się za chłopakami z Durmstrangu, szukając partnera na bal. Jak dobrze, że ja nie mam takich problemów ;3
-Nic się nie stało.- odparł, a po delikatnych zmarszczkach przy oczach, zauważyłam, że się uśmiecha.- A teraz wskakuj do łóżka, kołdra pod uszy i zdrowiej, żebyś mogła przyjść na bal.
-Haha dobrze, dobrze. Mimo wszystko, jakbym nie przyszła, poszedłbyś z inną.- wystawiłam mu język, przykrywając się miękkim puchem.- W końcu jak dziewczyna sama pójdzie na bal to pół biedy, ale facet…
-Haha! Nie poszedłbym.
-Czemu?
-Nie wiem… Po prostu bym nie poszedł.
-Jak sobie chcesz, wiesz że nie chcę się kłócić.
-No mam nadzieję.
-Ehh. Jeszcze raz przepraszam za całe zamieszanie.
-Spoko. Nie musisz mnie przepraszać…
-Muszę, przysporzyłam ci kłopotów. – dodaje szeptem.- Zawsze tylko zawadzam.
-Oj przestań! Lubię ci pomagać.
- Na prawdę? Dziękuję, to miłe... Ale lepiej żebyś mi nie pomagał. Nikt. Ja...
- Siedź cicho! Będę ci pomagał. Nawet jak będę musiał przypłacić zdrowiem.
- Nie mów tak! Nie! Nie, nikt ma nie cierpieć przeze mnie. Za bardzo się z wami związałam, zapomniałam o misji ... O prawdziwym celu przyjazdu.
-Jakiej misji?- pyta, wyraźnie zaciekawiony. Kurde! Ale ja mam długi jęzor…
- Ugh... Za dużo gadam. No ale trudno, jak już się wygadałam.- przerywa na chwilę.- Jestem pośrednikiem między mną, a ojcem, miałam "spowiadać" mu się z tego, co dzieje się w Hogwarcie, kiedy szkoła będzie najbardziej bezsilna. Miałam zakolegować się z Potterem i jego bandą, ale mieć też oko na was. Ale wtedy poznałam ciebie, Draco, Eve, Diane. Wszystko się zamieniło. Niby nic takiego, ale dla Tom'a Riddle’a to coś!- po tej długiej wypowiedzi, chwilę zastanawiałam się, czy nie pokazać mu zarówno starych, jak i nowych ran, które zadał mi ojciec. Czemu muszę pochodzić z takiej patologicznej rodziny?!
- Haha! Voldzio nie jest zły... Kurde, sorry, Czarny Pan. Kiedyś za "Voldzia" oberwałem.- odwraca się plecami do mnie i podnosi koszulę do góry. Na jego plecach widnieje wielkie znamię.
- Czyli jednak tatuś dla każdego jest taki milutki. Współczuję.
-Ooj tam. Nie bolało… -nagle przerwał. Zdawało się, jakby myślami znów powędrował do tamtego wydarzenia.
-Karon… Wszystko w porządku?- zapytałam z troską, po dłuższej chwili ciszy.
-Tak.- znowu, dzięki odkrytym oczom zauważyłam, że się uśmiecha. Musiał to być wymuszony gest, ale wolałam nie drążyć dalej tematu.
-No dobrze… Mam trochę nietypową prośbę…- zawahałam się, rumieniąc.
-Co jest?
-M-m-m-mógłbyś…- za jąkałam się, jak nigdy.- Mógłbyś dziś ze mną spać, proszę, boję się zostać tu sama, a dziewczyny pewnie wrócą po północy!
Wreszcie to z siebie wyrzuciłam, cała czerwona, próbując zakryć twarz kołdrą, by tego nie zauważył. Nie to, że jakoś szczególnie mi się podoba, ale… Poczułam się nie swojo, choć to mój przyjaciel. Tak? Mogę go tak nazwać?
- Spooko, ale... Najpierw coś zjem. Głodny jestem.- odpowiedział, wręcz od razu, bez namysłu. Uff… Kamień spadł mi z serca.
-Dobrze, głodomorku.- posłałam mu żartobliwego buziaka.- Poczekam.
-To czekaj. I za żadne skarby nie wychodź z łóżka!- wyraził się czule, lecz stanowczo.
-Yes, my lord!- zaśmiałam się, przypominając sobie moje pierwsze spotkanie z internetem. Wtedy też poznałam anime, a moją pierwszą serią było „Kuroshitsuji”*. Niezapomniane doświadczenie :3
~* ~
Po niecałej godzince jedyny syn Lestrange wrócił. Wszedł do pokoju pewnym krokiem, u wcześnie nawet nie pukając do drzwi.
-Śpisz?- zapytał na „dzień dobry”.
-Nie, nie mogę spać.- oderwałam się od książki. Akurat od nie dawna zaczęłam czytać „Dary anioła: Miasto Kości” Cassandry Clare.
-Nie możesz nie spać!- wskoczył do łóżka, obok mnie i czule przytulił. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, poliki znów zaszły mi rumieńcami. – Idziemy spać!
-Kiedy mi się wcale nie chce.- odparłam stanowczo, jak małe dziecko, kłócące się z mamą.
-Mała, wiem, że nie chcesz, ale tu chodzi o twoje zdrowie. Śpij.- powiedział tonem, jakiego ojcowie używają, by dać do zrozumienia nastoletnim buntowniczkom, że nie zmienią zdania.
-Nie jestem mała.- fuknęłam i odwróciłam się do niego plecami, udając, że się obraziłam, gdy tak naprawdę czekałam… sama nie jestem pewna na co.
-Jak nie to nie.- usiadł koło łóżka i rozsiadając się na krześle, dodał:- Śpisz sama.
-Niee! Wredus z ciebie!- usiadłam, ledwo powstrzymując buchające, zmienne emocje.- Proszę, boję się. Nie chcę znów stracić nad sobą kontroli.
-Haha, mam na ciebie haka. Spać, mała!- już miałam się odwrócić z fochem, kiedy nagle Karon lekko odchylił maskę u dołu twarzy i wystawił mi język.
Pokazałam mu trzy palce, wskazujący, środkowy i serdeczny, oznajmując:
-Czytaj między wierszami!
-Idee! Paa!- odpowiedział szyderczo i wstał, kierując się w stronę wyjścia.
Szybko wyskoczyłam z łóżka i przytuliłam go, skierowanego do mnie plecami, by powstrzymać od przekroczenia progu dormitorium. Wtuliłam się w jego plecy, nadal powstrzymując łzy, krzyk, gniew, strach.
-Do łóżka!
-Nie krzycz na mnie. Proszę.
-Echem. – odsunęłam się od niego i wróciwszy do łóżka, zauważyłam, że znów siada na krześle.
-Ale wracasz tutaj!- rozkazałam, znów udając dumną córkę Sami-Wiecie-Kogo.
-Ty, nie pyskuj! Jak będziesz grzeczna.
-Jestem grzeczna! Karoon… Pokaż się bez maski.- poprosiłam, siadając i otulając się kołdrą. Jak dobrze, że nadal nie zauważył mojego misia-pandy. Nazywa się Jeff, od Jeff the Killer’a, bohatera creepypasty o takiej samej nazwie.
-Nie. Jestem tak ohydny jak Eyeless Jack bez maski.- gdyby ktoś nie wiedział, to Eyeless jest podobną postacią do Jeff’a, lecz o zupełnie odmiennej historii.
-Nie przesadzaj! Pokaż się, proooszę. Będę grzeczna!
-Nie chcę.
-Szkoda. Przysięgam ci, że jeszcze kiedyś uda mi się zobaczyć cię bez niej!- przyłożyłam rękę do piersi, tam, gdzie serce, kiedy wypowiadałam te słowa.
Nie wiem czemu, rozmowa z Karonem szła mi łatwo, odkąd go poznałam. Początkowo bałam się, stresowałam, lecz po tylu tygodniach nareszcie oswoiłam się z cywilizacją (jeśli mogę określić tym mianem Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie).
Nasza dalsza konwersacja i sprzeczność o twarz Ślizgona nie trwała długo, gdyż szybko Morfeusz zabrał mnie w swe objęcia. Mam nadzieję, że jutro będzie jeszcze lepiej.

*”Kuroshitsuji” (ang. „Black Butler”, pl. „Czarny Lokaj”) – anime na podstawie mangi o takim samym tytule, której autorką jest Yana Toboso. Moim skromnym zdaniem tytuł ten jest dość fajny, polecam każdemu fanowi/każdej fance anime&mangi.

czwartek, 15 maja 2014

Zaklęcie 9: Rozmyślenia

Jasne promienie wschodzącego słońca wy budziły mnie z głębokiego snu. Usiadłszy, wyciągnęłam ręce ku górze, ziewając. Moje współlokatorki wciąż spały. Wstałam jako pierwsza, ale także jako pierwsza zasnęłam. Przez jakiś czas nie mogłam przypomnieć sobie co działo się poprzedniego dnia, lecz po chwili oprzytomniałam i wróciłam pamięcią do śnieżnego popołudnia z Karonem w pubie oraz do momentu napadu kaszlu. Co to było? Może po prostu załapałam jakieś zapalenie oskrzeli, albo płuc? Któż to wie. Trudno, pewnie samo minie z czasem, muszę się tylko cieplej ubierać i ograniczać wychodzenie na dwór.
Wstając z łóżka i zrzucając kołdrę w połowie na podłogę, sięgnęłam ręką do stolika nocnego i pociągnęłam duży łyk chłodnej wody z plastikowej butelki. Następnie wyjęłam mój mundurek z szafy i poszłam do łazienki. Zdejmując kurtkę kolegi oraz wczorajsze ubrania, odkręciłam kran i gorąca woda zaczęła stopniowo wypełniać wannę. Wchodząc do niej, zakręciłam kurek, by po chwili zanurzyć się po uszy w ciepłej, przyjemnej wodzie. Uważnie obejrzałam moje ciało, zauważając parę siniaków. Nic nowego, jestem tak słaba, że lekkie uderzenie w ramę łóżka przez sen sprawia u mnie podskórny niewielki wylew.
Przejeżdżając kciukiem po lewym nadgarstku poczułam ślady cięć, sprzed pół roku. Nadal widniały tam blizny oraz napis „Should die”, znaczący „powinnaś umrzeć”. Tak, wtedy jeszcze nie znałam tych wszystkich wspaniałych ludzi, co teraz. Przeżywałam okropne chwile samotności, udręki, bólu. Gorsze niż dotychczas, nikomu tego nie życzę.
Chcąc odgonić smutek, wyszłam z wody, która zaczynała robić się zimna i założywszy szatę, owinęłam nadgarstek bandażem. Nie chciałabym, by ktokolwiek to widział. Owy napis, jak i znamiona, są dla mnie przestrogą, pamiątką po przeszłości. Pomocą, by zbytnio o niej nie myśleć, by żyć teraźniejszością. Nie wolno mi też martwić się o przyszłość, oszalałabym.
Z moich rozmyśleń, wy budziło mnie ciche pukanie do drzwi. Szybko je otworzyłam, mijając w progu Astorię.
-Dzień dobry.- powiedziała niewinnie, jak ranny ptaszek. Ugh! Czasami zaczyna mnie wkurzać ta jej delikatność i dobroć w głosie. Nie wiem co ona robi w Slytherin’ie, bardziej pasowałaby jako Krukonka albo Puchonka. No cóż, Tiara tak widocznie chciała. Może Greengrass ma jakiś sekret, inną siebie, którą skrywa głęboko w sercu, w duszy?
-Witaj.- odparłam dumnie, przybierając mą maskę damy, księżnej jak w zamku, zwracającej się do plebsu. – Uważaj, by nie zużyć całej ciepłej wody, inne uczennice także chciałyby się dziś wykąpać.
-Postaram się. – szepnęła, prawie niesłyszalnie dodając coś, czego moje uszy nie mogły dosłyszeć. I tak, wyszykowana, mając dużo czasu do śniadania, postanowiłam sprawdzić, czy Karon nadal śpi. Powinnam lepiej oddać mu kurtkę. Co, jeśli zechce wyjść na zewnątrz mimo wichury, jaka dziś panuje i zapomni, że nie ma kurtki? Bidulek się przeziębi i to nie na żarty!
Stojąc przed drzwiami do pokoju chłopców, wahałam się, czy zapukać. To był pierwszy raz, gdy postanowiłam odwiedzić ich sypialnię. Chłopcy nie raz byli u nas, lecz nie zauważyłam by jakakolwiek dziewczyna odważyła się wejść do ich raju, zapewne pomieszanego z chaosem. W końcu jednak zdobyłam się na odwagę. Zapukałam trzy razy, a następnie nacisnęłam klamkę i delikatnie popychając drzwi weszłam do środka. Panował tam lekki nieład, tak, jak się spodziewałam. Nieliczne ciuchy (w tym męska bielizna) leżały gdzie niegdzie na podłodze lub przewieszone przez słupy łoży. Oczy wszystkich zwrócone były w moją stronę, a ja jak zawsze zawstydzona zapytałam.
-Jest Karon?
-Ta, śpi nadal.- jeden ze Ślizgonów, wysoki brunet, o delikatnej opaleniźnie odpowiedział mi, choć było słychać, że z niechęcią.- Możesz skąd wyjść?
-Umm… Jasne, przepraszam.- odwróciłam się speszona do drzwi i na chwilę przystanęłam z ręką na klamce. Rzuciłam kurtkę Karona na jedno z łóżek i dodałam.- Przekażcie mu, żeby spotkał się ze mną w bibliotece, przed działem ksiąg zakazanych o dziesiątej. I oddajcie mu to.
-Jak wstanie to mu powiemy, a teraz won!- rozkazał szorstko nieznajomy, a ja szybko wyszłam za drzwi. Zamknąwszy je od zewnątrz, oparłam się o drewno, ciężko dysząc. Za duży stres! Jednak nadal nie pozbyłam się strachu przed ludźmi. Choć nie widać tego, tak naprawdę za każdym razem, gdy jestem wśród nieznajomych straszliwie się stresuję, boję … sama nie wiem czego. Może tego, co sobie o mnie pomyślą? To nie jest przypadkiem choroba psychiczna?
~ * ~
Siedząc na starej, drewnianej podłodze, czekałam aż chłopak w masce pojawi się o ustalonej godzinie. Zawiodłam się nieco, gdyż nie przyszedł. Nie tracąc nadziei pozostałam jednak na miejscu, nie miałam apetytu, więc ominęłam śniadanie. Dziś znowu był dzień bez zajęć, byśmy mogli zintegrować się z innymi uczniami. Jakoś nie szczególnie miałam na to ochotę. Najlepiej byłoby usiąść w zacisznym miejscu i pogrążyć się w marzeniach.
Marzenia … Gdyby nie one, człowiek nie miałby w życiu żadnego celu, stałby się zwykłą maszyną, zdolną samodzielnie myśleć, lecz nie mogącą do niczego dotrzeć. Bez marzeń bylibyśmy nikim, pustymi komorami, tak jak bez duszy, czy serca. Każdy z nas ma jakieś marzenia. Ja chciałabym kiedyś ukończyć studia prawnicze, wyjechać do kraju, gdzie mugole dużo zarabiają na pracy notariusza. Tak, to jest to, co chcę robić w życiu. Potem ożenić się z innym czarodziejem, najlepiej czystej krwi, założyć rodzinę, mieć dwójkę synów i córkę, piękny, przytulny domek. W każde wakacje całą gromadką jeździlibyśmy nad jezioro, albo nad morze, za to zimną wspinalibyśmy się na szczyty różnej wielkości, zjeżdżali na sankach. Wiedli z pozoru zwykłe, mugolskie życie, lecz z nutką magii. Dzieci, kończąc 11 lat, poszłyby do Hogwartu, kształciły się. Już od małego uczyłabym je czarów i eliksirów. Ahh .. Marzenia. Czym byłby bez nich świat? Chyba niczym.
W końcu postanowiłam zaprzestać oczekiwaniom i wyszłam z biblioteki, kierując się wprost przed siebie. Nie miałam co robić, jak zwykle włóczyłam się bez sensu po korytarzach szkoły. Były pełne uczniów, takie wesołe, ruchliwe. Postanowiwszy jednak spocząć w bardziej spokojnym miejscu, ominęłam chatkę gajowego i weszłam wprost do Zakazanego Lasu. W końcu zasady są po to, żeby je łamać :D Szłam między drzewami i krzewami, pokonując chaszcze, zarośla, aż dotarłam nad mały staw, w samym centrum lasu. Piękne miejsce!
-Od dziś będę tu codziennie przychodzić.- powiedziałam sama do siebie, wiedząc, że i tak nikt mnie nie usłyszy. Było to idealne miejsce na samotne rozmyślanie.
Zdjęłam glany, skarpetki i zrzuciłam długą szatę z ramion, wraz z uciążliwym sweterkiem w kolorze nocy. Wyjęłam białą koszulę ze spódnicy i poluzowawszy krawat, rozpięłam cztery pierwsze guziczki, tak, by rysy stanika były delikatnie widoczne.
-Dalej, dalej, siostry wiedźmy, czarodziejski krąg zawiedźmy od tak, od tak, od tak; trzykroć tak i trzykroć wspak, trzykroć jeszcze do dziewięciu. Pst!- już po zaklęciu. *– zarecytowałam, wbiegając po łydki do zimnej wody, zaburzając jej idealnie płaską taflę. Wirując wesoło w wodzie, chlapałam nią na wszystkie strony. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale nagle poczułam się dziwnie wesoła, zachciało mi się krzyczeć i płakać, cieszyć i złościć. Wszystko na raz! W pewnym momencie potknęłam się o kamień, delikatnie wystający z piaszczystego dna i wpadłam do wody, niezbyt głębokiej i zimnej. Chłód przeszył moje ciało, lecz zamiast przejmować się przeziębieniem zaczęłam się śmiać. Śnieg począł padać dość mocno, a zaszroniona strona jeziora stwardniała. Natomiast ja, pełna szczęścia i ciepła, mimo mrozu, leżałam spokojnie, pływając na plecach i wpatrując się w niebo. Pozwoliłam malutkim białym płatkom opadać delikatnie na moją twarz i ciało. Nagle zapragnęłam zasnąć i nigdy się nie obudzić. Wiedziałam, że nie mogłam, nadal jestem potrzebna ojcu, którego ciało wciąż nie jest całkowicie normalne. Gdyby chciał, sam by mnie zabił, a jakoż tego nadal nie zrobił, wnioskuję, że mogę mu się przydać w bliskiej przyszłości.
~ * ~ 
-Hahahahahahahahahahahaahahahahahahaha!- wybuchnęłam nagle panicznym śmiechem, po ponad godzinie pluskania się w lodowatej wodzie. Czułam, że nie jestem sobą, lecz pewna cząstka, tak jakby tajemniczy głos z głębi mojego umysłu, nawoływał, że mam się temu poddać, że to mnie odmieni na lepsze.
Wyszedłszy na brzeg, zrzuciłam z siebie mokre ciuchy i już całkiem naga siedziałam przy znów gładkiej tafli, na zaśnieżonym kawałku ziemi. Nie czułam bólu, ani zimna. Nie czułam niczego. To miejsce… To ono tak na mnie wpłynęło, choć nie wiem dlaczego. Dziwne, bardzo dziwne. Tajemnicze jezioro, w zakazanym lesie, które sprawia, że szalejesz. Czy może to moja psychika? Chyba, że to sen.
-Fayee! Jesteś tu?! Faye!- usłyszałam nawoływanie i cichutko chichocząc wskoczyłam znów do wody, tym razem zostawiając ciuchy na brzegu. Widząc, że mój rówieśnik zbliża się do małej plaży, złapałam jak najwięcej mogłam powietrza do płuc i zanurzyłam się głęboko, chowając się.
-Faye? Jesteś tu?- zawołał.- To są jej rzeczy. Chwilaa… Czemu jest tu także… ee …- speszył się nieco na widok czarnej bielizny, by następnie ujrzeć koleżankę, wyłaniającą się z dna jeziorka. Szybko zasłonił oczy rękoma.
-Załóż na siebie chociaż płaszcz, proszę.- powiedział szybko.
-Czemu? Czy nie podobam ci się taka? W końcu zawsze miałeś do mnie słabość. Teraz, albo nigdy, spójrz, chyba żeś tchórz jest i boisz się jako dziecko nadal.- powiedziałam, zupełnie tracąc kontrolę nad własnym ciałem. Moje myśli szalały, chciałam się jak najszybciej schować, ukryć, przestać gadać, lecz to COŚ co mną zawładnęło, miało potężną moc. Przejęło nade mną całkowitą kontrolę.
Na szczęście Karon miał na tyle przyzwoitości, że nie patrząc na mnie, wziął moje rzeczy oraz jak najbardziej odwracając wzrok od mojego ciała, nałożył mi na raniona i zapiął pod szyję szkolny płaszcz. Resztę ciuchów schował do torby, którą miał przy sobie, był tam chyba strój od quidditcha. Wziął mnie za rękę i prawie ciągnąc za sobą, wyprowadził z lasu.
-Niee! Wróćmy! Muszę, muszę wrócić! Do jeziora!- krzyczałam, całkowicie bezmyślnie. Nie wiedziałam czemu, moje myśli błądziły wokół czegoś innego.
Wtem przekroczyliśmy bramy Hogwartu … CDN.

*Cytat z „Makbeta”. Akt pierwszy scena trzecia, zaklęcie trzech wiedźm.

środa, 30 kwietnia 2014

Zaklęcie 8: Dzień wolny

~ Perspektywa Karona* ~ 
W końcu czas wolny od zajęć. Jestem osobą która nie widzi sensu w nauce a i tak lubi niektóre przedmioty. Chciałem ten dzień dobrze wykorzystać więc nie zwlekając, z samego rana, czyli o 13.00 pobiegłem do Faye. Siedziała na kanapie w salonie z Nagini i kimś kogo nienawidzę, z Potterówną. Podszedłem do Faye. Zacząłem słuchać o tym co mówiła Potter... zgubiłem się po „słodziak”. Gdy mnie zauważyła W KOŃCU zamilkła. Czułem się dziwnie gdy na mnie patrzyła. Walnąłem ją z piorunka i zacząłem. Jak zwykle nie umiałem się wysłowić, ale to mam jeszcze z czasów gdy byłem w Bremen. Po długim składaniu sensownego zdania udało się. Faye nie myślała zbyt długo. Zgodziła się. Siedzieliśmy już razem w ( nie ) zacisznym zakądku, popijając piwo. Zaczęła się rozmowa o Voldziu... kurde! SAMI WIECIE KIM, Draco (przytoczę kawałek rozmowy : " - Niestety to mój kuzyn... Nasze matki to siostry.
-Biedactwo. Ja na szczęście nic nie mam z nim wspólnego. " ), o tym, że nie wierzy mi, że mam jednorożca... No, przez to szybciej dopiliśmy swoje porcje piwa i poszliśmy w stronę chatki Hagrida. Cała rodzinka rudych siedziała z Harrym i Hermioną.
-Patrzcie, to Karon.. "pupilek" Snape' a - powiedział Ron, z drwiącym uśmiechem. Prosił się o lanie! Dostał z pioruna. Jego brat, Fred, wytrącił mi różdżkę, lecz nikt, nawet ja, nie wiedział o jednym... umiem rzucać zaklęcia bez magicznego kijka. Tak więc po paru sekundach wszyscy, WSZYSCY leżeli i się zwijali z bólu. Miałem cichą nadzieję, że to zaimponowało Faye, ale ona chyba nawet nie zauważyła. Podszedłem po różdżkę. Ręką pokazałem Faye by poszła za mną. Gdy tylko podeszliśmy do boksu mojego rogatego kumpla, dziewczyna odskoczyła. Zacząłem się śmiać. Nie wiedziałem czego tu się bać. Jaram się jednorożcami, może dlatego. Po półgodzinnym dialogu zacząłem naciskać na to by go pogłaskała po pyszczku. Marudziła przez godzinę... Przyciągnąłem ją do Nitra, stanąłem przy niej, wziąłem jej dłoń i zacząłem jeździć po gładziutkim futerku. Wziąłem ją z zaskoczenia. Wsadziłem na Jednorożca. Chociaż się bardzo bała, pozwoliła mi zabrać się na przejażdżkę " TĄ BESTIĄ ".
Po całym dniu miałem już gdzieś czy ona tego chce, czy nie... byłem głodny i śpiący, więc poszedłem coś zjeść. Przy stole Draco opowiadał co robił. Ja tylko co jakiś czas spoglądałem na Faye. Gdy tylko zjadłem, pokierowałem się do łóżeczka. Tam czekała kołderka i podusia, czyli moje dwie kochane dziewczynki. Jakby mało było pewna blond włosa, śliczna dziewczynka, o północy mnie rozbudziła. Wyciągnęła mnie do bardzo złego miejsca, które się zwie... BIBLIOTEKA, a tak dokładnie do działu ksiąg zakazanych. Nie chciała być sama, a czegoś szukała... Kazała mi poszperać w jakiejś książce. Zobaczyłem tylko jedną literę i... i zasnąłem. Dalej nie wiem co się stało bo obudzono mnie na śniadanie. Byłem już w swoim łóżku z moimi dziewczynkami.
~ Perspektywa Faye ~ 
Od śniadania siedziałam, wraz z Nagini, w dormitorium Ślizgonów. Kocham tego węża! Jest pupilkiem tatusia, ale mimo to pozwolił mi zabrać ją do Hogwartu. Zawsze mogę powiedzieć jej co mnie trapi. W końcu to tylko zwierze.
Nie wiem ile czasu minęło, odkąd zaczęłam rozmowę w języku węży. Jednak w końcu zauważyłam Eve Potter, jedną ze Ślizgonek. Nienawidzi swojego brata, więc jak zwykle przyszła wyżalać mi się, jaki to Harry jest wkurzający.
-Mówię ci, znowu coś kombinuje.- powiedziała z nutką irytacji w głosie. Dało się wyczuć, że jeszcze chwilę temu kłóciła się z nim. Zawsze tak mówi, kiedy ostro się posprzeczają.
-Eve, kotku, wiesz dobrze, że Potter jest pod stałą obserwacją nauczycieli i Dumbledore’a. Nie ma jak kombinować.- uspokajałam ją. Siedziałyśmy chwilę w ciszy, aż w końcu czarnowłosa podsunęła dość ciekawy temat.
-Podoba ci się ktoś w szkole? Mi niekoniecznie, wolę tych z Durmstrang’u. Szczególnie Wiktora Kruma, jest boski! Fajnie byłoby pójść z nim na Bal, ale podobno zaprosił jakąś Gryffonkę.
-Mi? Tak, podoba mi się ktoś z Hogwartu.- zamyśliłam się, przez moment nie słuchając tego, co mówi do mnie koleżanka.
-Haloo! Halloo, Faye! Ziemia do Faye!- usłyszałam piskliwy krzyk przerażenia.- Boże, już myślałam, że padłaś na zawał, czy coś.
-Spokojnie Ev, nie jest ze mną tak źle. Pytałaś o coś?
-Tak! Kto ci się podoba?!- przysunęła się bliżej mnie, opierając ręce o skurzane siedzenie czarnej sofy.
-Eee … No ten, tego … D-Draco.- zająknęłam się i kontynuowałam.- Ale siedź cicho! Nikt, ale to NIKT nie może się o tym dowiedzieć!
-Słooodziak! Zazdroszczę ci, podobno też mu się podobasz.- nagle zamilkła, spojrzała przed siebie i prawie nie zetknęła się twarzą w twarz z Karonem. Widząc go odskoczyła na drugi koniec pokoju. Lestrange, jak zwykle zirytowany jej osobą, uderzył ją piorunem, wykonując specyficzny ruch różdżką, po czym zwrócił się w moją stronę.
-Faye..- powiedział, lekką jąkając się.- Może wyszłabyś ze mną … na przykład na piwo?
-Spoko i tak nie mam nic do roboty.- wstałam z zamiarem zmierzwienia mu włosów, gdy zorientowałam się, że są schowane pod maską.
-Haha, nie przyzwyczaili się do maski.- zaśmiał się. Jakby tak teraz pomyśleć to ma słodki śmiech. Ciekawe jak wygląda jego uśmiech bez tego materiału, zakrywającego twarz.
-Zobaczysz jeszcze kiedyś ci ją zdejmę.- powiedziałam, łapiąc go za rękę i ciągnąc przez korytarze lochów.
-Ehm, jasne. Chodźmy już.- mówiąc to, wyprzedził mnie i teraz to on, ciągnął mnie.
Idąc przez korytarze szkoły słyszałam lekkie śmiechy za naszymi plecami oraz westchnienia i marudzenia fanek chłopaka, który nadal trzymał mnie za rękę. Najwidoczniej nie miał zamiaru puścić. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie, dodawało odwagi. Nadal nie przywykłam do murów Hogwartu, do uczniów i całej reszty, a ciepło jego dłoni, tak wielkiej w porównaniu do mojej, było kojące i sprawiało, że czułam się bezpieczna. Chcę częściej to czuć!
Wreszcie dotarliśmy do baru Pod Trzema Miotłami w Hogsmead. Wchodząc do pubu, znaleźliśmy wzrokiem wolny stoli na końcu sali. Karon poprosił, bym zajęła miejsca, a on tymczasem poszedł zamówić dla nas kremowe piwo, czyli to, co uczniowie kochają najbardziej.
Usadowiłam się wygodnie na krześle i oparłam łokcie o drewniany stolik. Zamyślona, nie zauważyłam, kiedy mój kolega przyszedł z dwoma kuflami słodkiego, bezalkoholowego cudu. Z rozmarzania wyrwał mnie zapach cynamonu i krówek.
-Oh, przepraszam.- powiedziałam, widząc zamyślone, zielone oczy. – Coś cię trapi? Nie zaprzeczaj, widzę to po twoich oczach, mów co jest!
-Nic takiego. Na serio ci się Draco podoba?- odpowiedział z lekką nutką smutku.
-Umm…Chyba tak. Ale nie do końca. Jest ktoś jeszcze … -przerwałam, nie chcąc, by kolejny sekret się wydał.
-Harry?- lekko zdziwiony, z ciągle utrzymującym się jakby smutkiem. Czy może raczej już przerażeniem?
-Nie! Co ci do głowy przyszło? W życiu! To śmiertelny wróg mój, taty i wszystkich Śmierciożerców.
-Heh. Taki żart.
-Oh, wybacz. Moje poczucie humoru wychodzi po za skalę… Ale na minusie.- odparłam troszkę zirytowana. Nie przepadam za żartami, chyba dlatego, że ich nie rozumiem.
-Wybacz.- wypił nieco ze swojego kufla. Spojrzałam na mój, który opróżniłam prawie od razu.- Może i cię znam, ale nic o tobie nie wiem. Powiedz coś.
-Co? Jestem nudna, nie trzeba nic o mnie wiedzieć.- kurde, znowu zaczyna spadać mi samoocena przy kimś, kogo naprawdę lubię.
-Ekchem, to nie ty, mając rodziców anglików, ledwo mówisz w ich języku.
-Nie marudź, twój angielski jest słodki! Z takim niemieckim akcentem fajnie to brzmi.- uśmiechnęłam się do niego, odrzucając blond włosy na plecy. Dziś miałam związane w dwa warkoczyki, co wyglądało z lekka dziecinnie.
-Słodkie warkoczyki. Słodsze niż twój beznosy tatuś.- zauważył.
-Dziękuję. Wiesz, za nieśmiertelność płaci się noskiem.- zachichotałam.
-Ja zapłacę okiem, albo forsą.
-Chcesz być nieśmiertelny? Po co? Nie lepiej zestarzeć się z ukochaną, z rodziną? – zauważyłam. Dziwne, pierwszy raz nie przeszkadzał mi hałas, jaki panował w klubie. W całości skupiłam się na rozmowie z Karonem i ignorowałam otaczających nas ludzi.
-Ale moja ukoo…- zamilkł nagle i zmienił temat.- Co sądzisz o Draco?
-Jest przystojny, to prawda, ale nie on jedyny. Gdyby nie był tak natarczywy i rozpieszczony, to może i skusiłabym się na chodzenie z nim. Ale jednak, jest jaki jest, a charakter liczy się bardziej niż wygląd. Umm… Karon, czemu nagle zmieniłeś temat?
-Nieważne. Niestety to mój kuzyn, nasze matki to siostry.
-Serio?!- zrobiłam wielkie oczy.- Wow, tego się nie spodziewałam. W sumie nazywał cię nie raz kuzynem, ale nie domyśliłam się, że to tak na serio.
Zapadła chwila ciszy. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Pomyśleć, że są rodziną … Jeden z nich podoba mi się wyglądem, drugi charakterem. Ciekawe, czy Karon jest tak przystojny, jak go opisują dziewczyny. Jako, iż ciągle chodzi w masce nie jestem w stanie tego stwierdzić.
-Nie widać? A, no tak … maska. – przerwał na chwilę.- Mam pytanie.
-Tak?- zaciekawiłam się.
-Lubisz jednorożce?
Dreszcz przeszedł przez moje ciało, a zimny pot zaczął napływać na moje czoło na sam dźwięk tego słowa. Jednorożce… Brr!
-Umm… Jakby to powiedzieć…- jąkałam się, szukając odpowiedniego słowa. Już raz miałam styczność z jego jednorożcem, ale na szczęście o tym zapomniał.- Boję się ich. To szatańskie stworzenia.
-Nie mów tak! Mam jednorożca, nie jest zły.
-Wybacz. Po prostu boję się ich odkąd sięgam pamięcią. Te końskie kopytka i rogi na głowach. Patrzą na ciebie tymi swoimi niewinnymi oczami, prosząc byś na nie wsiadł. Lecz nie wiesz nigdy co czai się w ich umyśle, gdy tak wlepiają w ciebie czarne jak noc oczęta. Nie wiesz, jakie mają intencje, zamiary.
-Nitro jest inny. Jego stado go opuściło, wychowuję go od roku.
-To słodko. Widać, że jesteś opiekuńczy. Ale nadal się boję.- uśmiechnęłam się, ponownie poprawiając warkocze.
-A chciałabyś go zobaczyć?- zaproponował Lestrange. Odchodząc od kontekstu, nigdy nie mogę poprawnie wypowiedzieć tego nazwiska. Co za zrządzenie losu!
-Etto … Serio się boję, przepraszam Karon. Chyba nie będę w stanie znów zbliżyć się do jednorożca.
-Okej.- posmutniał. Nie pytajcie skąd wiem.- Chodź, siedzimy tu już trzy godziny, a muszę zajrzeć do Nitra.
Kiedy wyszliśmy, śnieg delikatnie padał. Drobne płatki osadzały się na naszych ciuchach, włosach, twarzach. Coraz bardziej zbliżając się do Hogwartu, niepokoiłam się. Nie wiem czym, lecz to uczucie było tak silne, że stanęłam. Nagle serce zaczęło kłuć mnie w piersi, tak samo jak płuca. Upadłam na kolana i zaczęłam kaszleć, zakrywając usta zmarzniętymi dłońmi. Karon podszedł do mnie i pomógł mi powoli wstać. Kiedy kaszel mi się uspokoił, zapytał.
-Co ci jest?
-Nie mam bladego pojęcia.- znowu kolana się pode mną ugięły i gdyby nie silne ramie chłopaka, wylądowałabym w śniegu.- Już jest dobrze. Chwilowy atak kaszlu, to nic takiego.
-Śmieszna jesteś, nic takiego? Przez zwykły kaszel nie upadłabyś na ziemię. – zdjął kurtkę i okrył mnie nią. Była taka ciepła i przyjemna.- Mimo to, trzymaj. Mam dobrą odporność. Zaprowadzę cię do sypialni, a potem pójdę do jednorożca.
-Dziękuję, ale nie trzeba. Nic mi nie będzie. Możesz iść prosto do jednorożca.- otuliłam się jego kurtką i przytuliłam go.- Dziękuję.
-Nie gadaj tylko idź.- złapał delikatnie moją rękę i zaprowadził wprost do łóżka.- Jak coś jestem za chatką Hagrida.
-Dziękuję.
-Spoko.- odszedł, zanim zdążyłam złapać go za nadgarstek. Chciałam się do kogoś przytulić, lecz zostałam sama.
Znowu, całkowicie sama. Chociaż dzień wolny spędziłam mile, w cudownym towarzystwie.

*Perspektywa Karona została napisana przez moją przyjaciółkę. Dzięki Adzia, bez Ciebie ta postać by nie istniała!
PS. Wiem, że obie perspektywy nieco różnią się od siebie. Dziwnie trochę to wyszło, ale mam nadzieję, że się spodobało. Obiecuję, następna perspektywa będzie bardziej trafna w akcji xD Na szczęście to była tylko rozgrzewka. Następne rozdziały dodawane będą co dwa tygodnie! 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Zaklęcie 7: Zadanie pierwsze

Macie, bo mi Asia spokoju nie da ;_;
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rano obudził mnie hałas, dobiegający zza drzwi. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam po skrzydle szpitalnym. Nie było nikogo prócz mnie, wszyscy przygotowywali się do pierwszej rozgrywki Turnieju Trójmagicznego, która miała odbyć się po południu. Muszę tam być! - rozkazałam sobie w myślach.W końcu dostałam zadanie od ojca i muszę je wypełnić, inaczej poniosę surowe konsekwencje. Rozbudzona tą myślą wystałam i olewając straszliwy ból mięśni założyłam na siebie szkolną szatę i podreptałam za tłumem uczniów.
-Nie martw się Potter, weźmiemy ze sobą paczkę chusteczek.- usłyszałam głos Karona. Rozejrzałam się i postanowiłam zaufać zmysłowi słuchu, idąc w stronę donośnych śmiechów. Nie myliłam się ! Moim oczom ukazali się: Draco, Karon oraz Zabini, naśmiewający się z Gryffona. 
-Siema, co mnie ominęło?- zapytałam, szturchając lekko kolegów. Spojrzeli na mnie z uśmiechem, a nawet przytulili na powitanie, po czym zostawiając Harry'ego w spokoju zaprowadzili mnie na ławeczkę blisko areny. 
-Tak więc od czasu znalezienia cię przez mojego kuzyna zaliczyłem pięć dziewczyn, rudzielec pogodził się z Potter'em, a ty mimo bólu nadal masz tak piękną twarz.- odpowiedział mi Smok, delikatnie głaszcząc po włosach. Na te ostatnie słowa zarumieniłam się i lekko podniosłam kąciki ust w geście uśmiechu. Zauważając to blondyn zbliżył swoją twarz i delikatnie musnął moje usta, swoimi. 
-Ekhm .. My tu jesteśmy.- odchrząknęli równo Lestarnge i Blaise, zirytowani. Chciałam odsunąć się, by nie czuli się jak piąte koło u wozu, ale Malfoy mi na to nie pozwolił. Jedną ręką złapał mnie za nadgarstki, drugą zaś oparł o moje biodro, pogłębiając pocałunek. Nasze języki delikatnie o siebie ocierały, tak się zatraciłam, że nie zauważyłam, iż nasi koledzy poszli sobie jak najdalej. 
Nagle chłopak delikatnie pchnął mnie na plecy. Zaskoczona spojrzałam w jego piękne, sztalowoszare oczy. Były pełne podniecenia i chciwości, oczy prawdziwego podrywacza czystej krwi. Chłopak zaczął się do mnie dobierać, kiedy sturlałam się z drewnianej ławki na miękką trawę.
-Czekaj, nie tak szybko!- zwróciłam się do niego, nieco oburzona.- Nie dam ci tej satysfakcji z łatwiej zdobyczy.
Po tych słowach wstałam, otrzepałam się i odeszłam, odrzucając blond włosy, delikatnie pofalowane od wilgoci jaką wyczuwało się w powietrzu.Stanęłam przed schodkami na trybuny areny, by zorientować się, gdzie poszli moi znajomi. Wtedy też zjawili się bliźniacy Weasley.
-Zakłady ! Kupujcie zakłady !- krzyczeli, przedzierając się przez tłum. Jak zwykle muszą wykorzystać każdą sytuację, by zarobić szmal. W pewnym momencie w oddali zauważyłam wysokiego chłopaka w szacie Slytherin'u, którego twarz oraz włosy (oprócz oczu) zakrywała czarna maska. Od razu rozpoznałam kolegę z klasy i pobiegłam w jego stronę.
-O tu jesteś.- ucieszył się na mój widok.- Szukałem cię. Gdzie się podział ...
-Draco ? -przerwałam mu.- Nie martw się nim, znajdzie drogę.
 Usadowieni wygodnie na starych drewnianych ławkach czekaliśmy na rozpoczęcie turnieju. Zawodnicy już od godziny czekali w specjalnie przygotowanym namiocie. Muzyka głośno grała, choć orkiestra od czasu do czasu gubiła dźwięki i brzmiało to trochę niefortunnie. Ale cóż można było się spodziewać po tak nie wyćwiczonej grupie?
Nie musiałam długo czekać, gdyż już po paru minutach od mojego przyjścia pojawiła się napalona zguba i usłyszeliśmy wystrzał z armaty oraz nawoływania o pierwszego zawodnika - Cedrik'a. Następnie poszła panna Delacour. Na kamiennej arenie przytwierdzony do jednej ze skał siedział olbrzymi smok walijski. Jego zielone łuski odbijały się co jakiś czas w świetle słońca, przebłyskującego zza ciemnych chmur. Fleur, która poszła na drugi ogień była roztrzęsiona, ledwo trzymała się na nogach.
 Kolejny zawodnik poradził sobie bardziej profesjonalnie niż dziewczyna, lecz teraz wszyscy czekali na ostatniego, czwartego zawodnika - Harry'ego Pottera. Smokiem z jakim przyszło mu się zmierzyć był rogogon węgierski, paskudnie wredne smoczysko. Piękny smok, o bordowych łuskach i żółtych oczach, z rogami w kolorze mosiądzu, patrzył złowrogo na młodego chłopaka.
-Accio Błyskawica!- krzyknął, chcąc przywołać miotłę. Stał chwilę w bezruchu, aż w końcu wszyscy od wschodniej strony usłyszeli świst. Już po chwili Ten-Który-Przeżył trzymał w ręku swoją miotłę, tę samą, którą grał w quidditch'a. Nagle przewrócił nogę przez miotłę i odepchnął się mocno od ziemi. Wszyscy unieśliśmy głowy ku niemu, by po chwili zobaczyć jak leci obok smoka, a następnie szybuje nad smokiem. Miejsce, w którym znajdował się jeszcze przed ułamkiem sekundy, przeszył strumień ognia.
-Ależ ten chłopak lata!- ryknął Bagman, komentator.- Widział to pan, panie Krum?
Smok znów rzygnął strumieniem ognia, który czternastolatek uniknął. Niestety jeden z kolców na ogonie rogogona zranił go w ramię, rozdzierając skórę. Zawodnik jednak się tym nie przejął i zaczął wpierw latać w tą i z powrotem, by po chwili wyrwać ku górze, jak natarczywa mucha, którą trzeba zmiażdżyć. Wykonał jeszcze parę akrobacji, a następnie chwycił złote jajo - cel zadania - pod pachę i szybował dumnie nad trybunami.
-Paaaatrzcie! Zooobaczcie! Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo!No, no, nooo, pan Potter ma szansę na zwycięstwo!- krzyczał Ludo Bagman.
Zauważyłam, że Harry szybko udał się do namiotu pani Pomfrey, a tuż za nim pobiegła Hermiona i Ron. Wszyscy siedzieliśmy i z wyczekiwaniem patrzyliśmy na sędziów. To było niesamowite, nawet Ślizgoni kibicowali Potter'owi oraz Diggori'emu.
W końcu ogłoszone zostało kto jest na jakim miejscu i rozeszliśmy się do dormitoriów.
-Podobno te jaja, które przechwycili kryją w środku jakąś zagadkę do drugiego zadania.- zagaiła Astoria, kiedy wszyscy zebraliśmy się w pokoju.