środa, 30 kwietnia 2014

Zaklęcie 8: Dzień wolny

~ Perspektywa Karona* ~ 
W końcu czas wolny od zajęć. Jestem osobą która nie widzi sensu w nauce a i tak lubi niektóre przedmioty. Chciałem ten dzień dobrze wykorzystać więc nie zwlekając, z samego rana, czyli o 13.00 pobiegłem do Faye. Siedziała na kanapie w salonie z Nagini i kimś kogo nienawidzę, z Potterówną. Podszedłem do Faye. Zacząłem słuchać o tym co mówiła Potter... zgubiłem się po „słodziak”. Gdy mnie zauważyła W KOŃCU zamilkła. Czułem się dziwnie gdy na mnie patrzyła. Walnąłem ją z piorunka i zacząłem. Jak zwykle nie umiałem się wysłowić, ale to mam jeszcze z czasów gdy byłem w Bremen. Po długim składaniu sensownego zdania udało się. Faye nie myślała zbyt długo. Zgodziła się. Siedzieliśmy już razem w ( nie ) zacisznym zakądku, popijając piwo. Zaczęła się rozmowa o Voldziu... kurde! SAMI WIECIE KIM, Draco (przytoczę kawałek rozmowy : " - Niestety to mój kuzyn... Nasze matki to siostry.
-Biedactwo. Ja na szczęście nic nie mam z nim wspólnego. " ), o tym, że nie wierzy mi, że mam jednorożca... No, przez to szybciej dopiliśmy swoje porcje piwa i poszliśmy w stronę chatki Hagrida. Cała rodzinka rudych siedziała z Harrym i Hermioną.
-Patrzcie, to Karon.. "pupilek" Snape' a - powiedział Ron, z drwiącym uśmiechem. Prosił się o lanie! Dostał z pioruna. Jego brat, Fred, wytrącił mi różdżkę, lecz nikt, nawet ja, nie wiedział o jednym... umiem rzucać zaklęcia bez magicznego kijka. Tak więc po paru sekundach wszyscy, WSZYSCY leżeli i się zwijali z bólu. Miałem cichą nadzieję, że to zaimponowało Faye, ale ona chyba nawet nie zauważyła. Podszedłem po różdżkę. Ręką pokazałem Faye by poszła za mną. Gdy tylko podeszliśmy do boksu mojego rogatego kumpla, dziewczyna odskoczyła. Zacząłem się śmiać. Nie wiedziałem czego tu się bać. Jaram się jednorożcami, może dlatego. Po półgodzinnym dialogu zacząłem naciskać na to by go pogłaskała po pyszczku. Marudziła przez godzinę... Przyciągnąłem ją do Nitra, stanąłem przy niej, wziąłem jej dłoń i zacząłem jeździć po gładziutkim futerku. Wziąłem ją z zaskoczenia. Wsadziłem na Jednorożca. Chociaż się bardzo bała, pozwoliła mi zabrać się na przejażdżkę " TĄ BESTIĄ ".
Po całym dniu miałem już gdzieś czy ona tego chce, czy nie... byłem głodny i śpiący, więc poszedłem coś zjeść. Przy stole Draco opowiadał co robił. Ja tylko co jakiś czas spoglądałem na Faye. Gdy tylko zjadłem, pokierowałem się do łóżeczka. Tam czekała kołderka i podusia, czyli moje dwie kochane dziewczynki. Jakby mało było pewna blond włosa, śliczna dziewczynka, o północy mnie rozbudziła. Wyciągnęła mnie do bardzo złego miejsca, które się zwie... BIBLIOTEKA, a tak dokładnie do działu ksiąg zakazanych. Nie chciała być sama, a czegoś szukała... Kazała mi poszperać w jakiejś książce. Zobaczyłem tylko jedną literę i... i zasnąłem. Dalej nie wiem co się stało bo obudzono mnie na śniadanie. Byłem już w swoim łóżku z moimi dziewczynkami.
~ Perspektywa Faye ~ 
Od śniadania siedziałam, wraz z Nagini, w dormitorium Ślizgonów. Kocham tego węża! Jest pupilkiem tatusia, ale mimo to pozwolił mi zabrać ją do Hogwartu. Zawsze mogę powiedzieć jej co mnie trapi. W końcu to tylko zwierze.
Nie wiem ile czasu minęło, odkąd zaczęłam rozmowę w języku węży. Jednak w końcu zauważyłam Eve Potter, jedną ze Ślizgonek. Nienawidzi swojego brata, więc jak zwykle przyszła wyżalać mi się, jaki to Harry jest wkurzający.
-Mówię ci, znowu coś kombinuje.- powiedziała z nutką irytacji w głosie. Dało się wyczuć, że jeszcze chwilę temu kłóciła się z nim. Zawsze tak mówi, kiedy ostro się posprzeczają.
-Eve, kotku, wiesz dobrze, że Potter jest pod stałą obserwacją nauczycieli i Dumbledore’a. Nie ma jak kombinować.- uspokajałam ją. Siedziałyśmy chwilę w ciszy, aż w końcu czarnowłosa podsunęła dość ciekawy temat.
-Podoba ci się ktoś w szkole? Mi niekoniecznie, wolę tych z Durmstrang’u. Szczególnie Wiktora Kruma, jest boski! Fajnie byłoby pójść z nim na Bal, ale podobno zaprosił jakąś Gryffonkę.
-Mi? Tak, podoba mi się ktoś z Hogwartu.- zamyśliłam się, przez moment nie słuchając tego, co mówi do mnie koleżanka.
-Haloo! Halloo, Faye! Ziemia do Faye!- usłyszałam piskliwy krzyk przerażenia.- Boże, już myślałam, że padłaś na zawał, czy coś.
-Spokojnie Ev, nie jest ze mną tak źle. Pytałaś o coś?
-Tak! Kto ci się podoba?!- przysunęła się bliżej mnie, opierając ręce o skurzane siedzenie czarnej sofy.
-Eee … No ten, tego … D-Draco.- zająknęłam się i kontynuowałam.- Ale siedź cicho! Nikt, ale to NIKT nie może się o tym dowiedzieć!
-Słooodziak! Zazdroszczę ci, podobno też mu się podobasz.- nagle zamilkła, spojrzała przed siebie i prawie nie zetknęła się twarzą w twarz z Karonem. Widząc go odskoczyła na drugi koniec pokoju. Lestrange, jak zwykle zirytowany jej osobą, uderzył ją piorunem, wykonując specyficzny ruch różdżką, po czym zwrócił się w moją stronę.
-Faye..- powiedział, lekką jąkając się.- Może wyszłabyś ze mną … na przykład na piwo?
-Spoko i tak nie mam nic do roboty.- wstałam z zamiarem zmierzwienia mu włosów, gdy zorientowałam się, że są schowane pod maską.
-Haha, nie przyzwyczaili się do maski.- zaśmiał się. Jakby tak teraz pomyśleć to ma słodki śmiech. Ciekawe jak wygląda jego uśmiech bez tego materiału, zakrywającego twarz.
-Zobaczysz jeszcze kiedyś ci ją zdejmę.- powiedziałam, łapiąc go za rękę i ciągnąc przez korytarze lochów.
-Ehm, jasne. Chodźmy już.- mówiąc to, wyprzedził mnie i teraz to on, ciągnął mnie.
Idąc przez korytarze szkoły słyszałam lekkie śmiechy za naszymi plecami oraz westchnienia i marudzenia fanek chłopaka, który nadal trzymał mnie za rękę. Najwidoczniej nie miał zamiaru puścić. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie, dodawało odwagi. Nadal nie przywykłam do murów Hogwartu, do uczniów i całej reszty, a ciepło jego dłoni, tak wielkiej w porównaniu do mojej, było kojące i sprawiało, że czułam się bezpieczna. Chcę częściej to czuć!
Wreszcie dotarliśmy do baru Pod Trzema Miotłami w Hogsmead. Wchodząc do pubu, znaleźliśmy wzrokiem wolny stoli na końcu sali. Karon poprosił, bym zajęła miejsca, a on tymczasem poszedł zamówić dla nas kremowe piwo, czyli to, co uczniowie kochają najbardziej.
Usadowiłam się wygodnie na krześle i oparłam łokcie o drewniany stolik. Zamyślona, nie zauważyłam, kiedy mój kolega przyszedł z dwoma kuflami słodkiego, bezalkoholowego cudu. Z rozmarzania wyrwał mnie zapach cynamonu i krówek.
-Oh, przepraszam.- powiedziałam, widząc zamyślone, zielone oczy. – Coś cię trapi? Nie zaprzeczaj, widzę to po twoich oczach, mów co jest!
-Nic takiego. Na serio ci się Draco podoba?- odpowiedział z lekką nutką smutku.
-Umm…Chyba tak. Ale nie do końca. Jest ktoś jeszcze … -przerwałam, nie chcąc, by kolejny sekret się wydał.
-Harry?- lekko zdziwiony, z ciągle utrzymującym się jakby smutkiem. Czy może raczej już przerażeniem?
-Nie! Co ci do głowy przyszło? W życiu! To śmiertelny wróg mój, taty i wszystkich Śmierciożerców.
-Heh. Taki żart.
-Oh, wybacz. Moje poczucie humoru wychodzi po za skalę… Ale na minusie.- odparłam troszkę zirytowana. Nie przepadam za żartami, chyba dlatego, że ich nie rozumiem.
-Wybacz.- wypił nieco ze swojego kufla. Spojrzałam na mój, który opróżniłam prawie od razu.- Może i cię znam, ale nic o tobie nie wiem. Powiedz coś.
-Co? Jestem nudna, nie trzeba nic o mnie wiedzieć.- kurde, znowu zaczyna spadać mi samoocena przy kimś, kogo naprawdę lubię.
-Ekchem, to nie ty, mając rodziców anglików, ledwo mówisz w ich języku.
-Nie marudź, twój angielski jest słodki! Z takim niemieckim akcentem fajnie to brzmi.- uśmiechnęłam się do niego, odrzucając blond włosy na plecy. Dziś miałam związane w dwa warkoczyki, co wyglądało z lekka dziecinnie.
-Słodkie warkoczyki. Słodsze niż twój beznosy tatuś.- zauważył.
-Dziękuję. Wiesz, za nieśmiertelność płaci się noskiem.- zachichotałam.
-Ja zapłacę okiem, albo forsą.
-Chcesz być nieśmiertelny? Po co? Nie lepiej zestarzeć się z ukochaną, z rodziną? – zauważyłam. Dziwne, pierwszy raz nie przeszkadzał mi hałas, jaki panował w klubie. W całości skupiłam się na rozmowie z Karonem i ignorowałam otaczających nas ludzi.
-Ale moja ukoo…- zamilkł nagle i zmienił temat.- Co sądzisz o Draco?
-Jest przystojny, to prawda, ale nie on jedyny. Gdyby nie był tak natarczywy i rozpieszczony, to może i skusiłabym się na chodzenie z nim. Ale jednak, jest jaki jest, a charakter liczy się bardziej niż wygląd. Umm… Karon, czemu nagle zmieniłeś temat?
-Nieważne. Niestety to mój kuzyn, nasze matki to siostry.
-Serio?!- zrobiłam wielkie oczy.- Wow, tego się nie spodziewałam. W sumie nazywał cię nie raz kuzynem, ale nie domyśliłam się, że to tak na serio.
Zapadła chwila ciszy. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Pomyśleć, że są rodziną … Jeden z nich podoba mi się wyglądem, drugi charakterem. Ciekawe, czy Karon jest tak przystojny, jak go opisują dziewczyny. Jako, iż ciągle chodzi w masce nie jestem w stanie tego stwierdzić.
-Nie widać? A, no tak … maska. – przerwał na chwilę.- Mam pytanie.
-Tak?- zaciekawiłam się.
-Lubisz jednorożce?
Dreszcz przeszedł przez moje ciało, a zimny pot zaczął napływać na moje czoło na sam dźwięk tego słowa. Jednorożce… Brr!
-Umm… Jakby to powiedzieć…- jąkałam się, szukając odpowiedniego słowa. Już raz miałam styczność z jego jednorożcem, ale na szczęście o tym zapomniał.- Boję się ich. To szatańskie stworzenia.
-Nie mów tak! Mam jednorożca, nie jest zły.
-Wybacz. Po prostu boję się ich odkąd sięgam pamięcią. Te końskie kopytka i rogi na głowach. Patrzą na ciebie tymi swoimi niewinnymi oczami, prosząc byś na nie wsiadł. Lecz nie wiesz nigdy co czai się w ich umyśle, gdy tak wlepiają w ciebie czarne jak noc oczęta. Nie wiesz, jakie mają intencje, zamiary.
-Nitro jest inny. Jego stado go opuściło, wychowuję go od roku.
-To słodko. Widać, że jesteś opiekuńczy. Ale nadal się boję.- uśmiechnęłam się, ponownie poprawiając warkocze.
-A chciałabyś go zobaczyć?- zaproponował Lestrange. Odchodząc od kontekstu, nigdy nie mogę poprawnie wypowiedzieć tego nazwiska. Co za zrządzenie losu!
-Etto … Serio się boję, przepraszam Karon. Chyba nie będę w stanie znów zbliżyć się do jednorożca.
-Okej.- posmutniał. Nie pytajcie skąd wiem.- Chodź, siedzimy tu już trzy godziny, a muszę zajrzeć do Nitra.
Kiedy wyszliśmy, śnieg delikatnie padał. Drobne płatki osadzały się na naszych ciuchach, włosach, twarzach. Coraz bardziej zbliżając się do Hogwartu, niepokoiłam się. Nie wiem czym, lecz to uczucie było tak silne, że stanęłam. Nagle serce zaczęło kłuć mnie w piersi, tak samo jak płuca. Upadłam na kolana i zaczęłam kaszleć, zakrywając usta zmarzniętymi dłońmi. Karon podszedł do mnie i pomógł mi powoli wstać. Kiedy kaszel mi się uspokoił, zapytał.
-Co ci jest?
-Nie mam bladego pojęcia.- znowu kolana się pode mną ugięły i gdyby nie silne ramie chłopaka, wylądowałabym w śniegu.- Już jest dobrze. Chwilowy atak kaszlu, to nic takiego.
-Śmieszna jesteś, nic takiego? Przez zwykły kaszel nie upadłabyś na ziemię. – zdjął kurtkę i okrył mnie nią. Była taka ciepła i przyjemna.- Mimo to, trzymaj. Mam dobrą odporność. Zaprowadzę cię do sypialni, a potem pójdę do jednorożca.
-Dziękuję, ale nie trzeba. Nic mi nie będzie. Możesz iść prosto do jednorożca.- otuliłam się jego kurtką i przytuliłam go.- Dziękuję.
-Nie gadaj tylko idź.- złapał delikatnie moją rękę i zaprowadził wprost do łóżka.- Jak coś jestem za chatką Hagrida.
-Dziękuję.
-Spoko.- odszedł, zanim zdążyłam złapać go za nadgarstek. Chciałam się do kogoś przytulić, lecz zostałam sama.
Znowu, całkowicie sama. Chociaż dzień wolny spędziłam mile, w cudownym towarzystwie.

*Perspektywa Karona została napisana przez moją przyjaciółkę. Dzięki Adzia, bez Ciebie ta postać by nie istniała!
PS. Wiem, że obie perspektywy nieco różnią się od siebie. Dziwnie trochę to wyszło, ale mam nadzieję, że się spodobało. Obiecuję, następna perspektywa będzie bardziej trafna w akcji xD Na szczęście to była tylko rozgrzewka. Następne rozdziały dodawane będą co dwa tygodnie! 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Zaklęcie 7: Zadanie pierwsze

Macie, bo mi Asia spokoju nie da ;_;
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rano obudził mnie hałas, dobiegający zza drzwi. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam po skrzydle szpitalnym. Nie było nikogo prócz mnie, wszyscy przygotowywali się do pierwszej rozgrywki Turnieju Trójmagicznego, która miała odbyć się po południu. Muszę tam być! - rozkazałam sobie w myślach.W końcu dostałam zadanie od ojca i muszę je wypełnić, inaczej poniosę surowe konsekwencje. Rozbudzona tą myślą wystałam i olewając straszliwy ból mięśni założyłam na siebie szkolną szatę i podreptałam za tłumem uczniów.
-Nie martw się Potter, weźmiemy ze sobą paczkę chusteczek.- usłyszałam głos Karona. Rozejrzałam się i postanowiłam zaufać zmysłowi słuchu, idąc w stronę donośnych śmiechów. Nie myliłam się ! Moim oczom ukazali się: Draco, Karon oraz Zabini, naśmiewający się z Gryffona. 
-Siema, co mnie ominęło?- zapytałam, szturchając lekko kolegów. Spojrzeli na mnie z uśmiechem, a nawet przytulili na powitanie, po czym zostawiając Harry'ego w spokoju zaprowadzili mnie na ławeczkę blisko areny. 
-Tak więc od czasu znalezienia cię przez mojego kuzyna zaliczyłem pięć dziewczyn, rudzielec pogodził się z Potter'em, a ty mimo bólu nadal masz tak piękną twarz.- odpowiedział mi Smok, delikatnie głaszcząc po włosach. Na te ostatnie słowa zarumieniłam się i lekko podniosłam kąciki ust w geście uśmiechu. Zauważając to blondyn zbliżył swoją twarz i delikatnie musnął moje usta, swoimi. 
-Ekhm .. My tu jesteśmy.- odchrząknęli równo Lestarnge i Blaise, zirytowani. Chciałam odsunąć się, by nie czuli się jak piąte koło u wozu, ale Malfoy mi na to nie pozwolił. Jedną ręką złapał mnie za nadgarstki, drugą zaś oparł o moje biodro, pogłębiając pocałunek. Nasze języki delikatnie o siebie ocierały, tak się zatraciłam, że nie zauważyłam, iż nasi koledzy poszli sobie jak najdalej. 
Nagle chłopak delikatnie pchnął mnie na plecy. Zaskoczona spojrzałam w jego piękne, sztalowoszare oczy. Były pełne podniecenia i chciwości, oczy prawdziwego podrywacza czystej krwi. Chłopak zaczął się do mnie dobierać, kiedy sturlałam się z drewnianej ławki na miękką trawę.
-Czekaj, nie tak szybko!- zwróciłam się do niego, nieco oburzona.- Nie dam ci tej satysfakcji z łatwiej zdobyczy.
Po tych słowach wstałam, otrzepałam się i odeszłam, odrzucając blond włosy, delikatnie pofalowane od wilgoci jaką wyczuwało się w powietrzu.Stanęłam przed schodkami na trybuny areny, by zorientować się, gdzie poszli moi znajomi. Wtedy też zjawili się bliźniacy Weasley.
-Zakłady ! Kupujcie zakłady !- krzyczeli, przedzierając się przez tłum. Jak zwykle muszą wykorzystać każdą sytuację, by zarobić szmal. W pewnym momencie w oddali zauważyłam wysokiego chłopaka w szacie Slytherin'u, którego twarz oraz włosy (oprócz oczu) zakrywała czarna maska. Od razu rozpoznałam kolegę z klasy i pobiegłam w jego stronę.
-O tu jesteś.- ucieszył się na mój widok.- Szukałem cię. Gdzie się podział ...
-Draco ? -przerwałam mu.- Nie martw się nim, znajdzie drogę.
 Usadowieni wygodnie na starych drewnianych ławkach czekaliśmy na rozpoczęcie turnieju. Zawodnicy już od godziny czekali w specjalnie przygotowanym namiocie. Muzyka głośno grała, choć orkiestra od czasu do czasu gubiła dźwięki i brzmiało to trochę niefortunnie. Ale cóż można było się spodziewać po tak nie wyćwiczonej grupie?
Nie musiałam długo czekać, gdyż już po paru minutach od mojego przyjścia pojawiła się napalona zguba i usłyszeliśmy wystrzał z armaty oraz nawoływania o pierwszego zawodnika - Cedrik'a. Następnie poszła panna Delacour. Na kamiennej arenie przytwierdzony do jednej ze skał siedział olbrzymi smok walijski. Jego zielone łuski odbijały się co jakiś czas w świetle słońca, przebłyskującego zza ciemnych chmur. Fleur, która poszła na drugi ogień była roztrzęsiona, ledwo trzymała się na nogach.
 Kolejny zawodnik poradził sobie bardziej profesjonalnie niż dziewczyna, lecz teraz wszyscy czekali na ostatniego, czwartego zawodnika - Harry'ego Pottera. Smokiem z jakim przyszło mu się zmierzyć był rogogon węgierski, paskudnie wredne smoczysko. Piękny smok, o bordowych łuskach i żółtych oczach, z rogami w kolorze mosiądzu, patrzył złowrogo na młodego chłopaka.
-Accio Błyskawica!- krzyknął, chcąc przywołać miotłę. Stał chwilę w bezruchu, aż w końcu wszyscy od wschodniej strony usłyszeli świst. Już po chwili Ten-Który-Przeżył trzymał w ręku swoją miotłę, tę samą, którą grał w quidditch'a. Nagle przewrócił nogę przez miotłę i odepchnął się mocno od ziemi. Wszyscy unieśliśmy głowy ku niemu, by po chwili zobaczyć jak leci obok smoka, a następnie szybuje nad smokiem. Miejsce, w którym znajdował się jeszcze przed ułamkiem sekundy, przeszył strumień ognia.
-Ależ ten chłopak lata!- ryknął Bagman, komentator.- Widział to pan, panie Krum?
Smok znów rzygnął strumieniem ognia, który czternastolatek uniknął. Niestety jeden z kolców na ogonie rogogona zranił go w ramię, rozdzierając skórę. Zawodnik jednak się tym nie przejął i zaczął wpierw latać w tą i z powrotem, by po chwili wyrwać ku górze, jak natarczywa mucha, którą trzeba zmiażdżyć. Wykonał jeszcze parę akrobacji, a następnie chwycił złote jajo - cel zadania - pod pachę i szybował dumnie nad trybunami.
-Paaaatrzcie! Zooobaczcie! Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo!No, no, nooo, pan Potter ma szansę na zwycięstwo!- krzyczał Ludo Bagman.
Zauważyłam, że Harry szybko udał się do namiotu pani Pomfrey, a tuż za nim pobiegła Hermiona i Ron. Wszyscy siedzieliśmy i z wyczekiwaniem patrzyliśmy na sędziów. To było niesamowite, nawet Ślizgoni kibicowali Potter'owi oraz Diggori'emu.
W końcu ogłoszone zostało kto jest na jakim miejscu i rozeszliśmy się do dormitoriów.
-Podobno te jaja, które przechwycili kryją w środku jakąś zagadkę do drugiego zadania.- zagaiła Astoria, kiedy wszyscy zebraliśmy się w pokoju.  

czwartek, 15 sierpnia 2013

Zaklęcie 6: Cruciatus

-Ej, słyszałeś ? Córka Sam-Wiesz-Kogo załatwiła braci Weasley'ów!- zachwycali się uczniowie dzień po całym incydencie. Kiedy przechodziłam korytarzem oczy wszystkich wodziły za mną, nie którzy odważyli się nawet wskazać palcami, zachwycając się moją osobą. Wow! Nie sądziłam, że zdobędę taką popularność przez małą kłótnię z rudzielcami.
-Rudych trzeba tępić !- usłyszałam na plecami i po chwili szłam już razem z Karonem.- Gratulacje wytępienia dwójki najgorszych rudzielców.
-Heh ... Dzięki.- uśmiechnęłam się i skręciłam w stronę sowiarni.- Słyszałeś, że wielki Harry Potter posprzeczał się z przyjacielem i mają na siebie focha ?
-Serio ? Hahahaha! Kto by się spodziewał. Mam nadzieję, że zdechnie na tym Turnieju.
 Poszliśmy wspólnie do sowiarni, spotykając po drodze resztę naszej paczki, składającej się z Diany, Draco i Eve. W małym pomieszczeniu, przypominającym ceglaną stodołę czekał już na mnie Envy - moja własna sowa śnieżna. Do malutkiej nóżki miał przytwierdzony kawałek papieru. Podeszłam do rozszalałej sówki i delikatnie łapiąc ją za maleńkie skrzydełka rozwiązałam pergamin.
"Droga Faye Riddle,
Córko moja i spadkobierczyni rodu Riddle. Chciałbym byś wysłuchała mnie jak zawsze i pojawiła się w niedzielę o północy nad zakazanym lasem. Będę czekał nie dłużej jak pięć minut. Jeśli nie zjawisz się na czas wiesz dobrze, jaka kara cię spotka. Nie obchodzi mnie twoje wytłumaczenie, masz być i już. 
Lord Voldemord"
-Ale mnie tatuś kocha.- skomentowałam głośno, zwijając list i wrzucając do kieszeni płaszcza.
-Co napisał ?- zaciekawił się Smok, zarzucając mi rękę na ramiona i delikatnie się zawieszając. Jego twarz była niebezpiecznie blisko mojej, więc jak głupia spaliłam buraka i odwróciłam się. Wszyscy ze zdziwieniem i zaciekawieniem podeszli do mnie i zaczęli wypytywać czy coś się stało. Lecz, by nie wygadać się, że Malfoy mi się niechybnie spodobał, powiedziałam:
-Draconowi z paszczy jedzie.
Cała gromadka wybuchnęła gromkim śmiechem, a platynowy blondyn obrażony udał się do swoich dwóch osiłków. No cóż, mogło być gorzej.
*
Spojrzałam na zegarek, ustawiony przy moim łóżku. 23:55. Zostało pięć minut do spotkania. Chwyciłam szybko moją miotłę i cichutko wybiegłam z zamku. Pędem udałam się w stronę zadrzewionego terenu i kiedy znajdowałam się przy chatce gajowego, wzniosłam się wysoko ponad ziemię. Z góry zauważyłam, że Hagrid idzie w głąb lasu z Madame Maxime. Uuuu ... Nieźle, nieźle. 
 Leciałam dość szybko, aż w końcu zauważyłam przede mną ciemną postać. Ledwo wyhamowałam, by nie wpaść na ojca.
-No siema, czegoś chciałeś?- rzuciłam bezmyślnie i po chwili ugryzłam się w język. Nigdy nie zwracałam się w ten sposób do Pana Ciemności, na pewno nieźle się wkurzył.
-A od kiedy to zwracamy się "na ty" do swojego pana? Hmm ?- wysyczał.- Potem się z tobą rozprawię, a teraz słuchaj. Widzisz ten ogień, tam w dole?
-Tak, Panie.- tym razem się opamiętałam. Wolę nie narażać się za bardzo. 
-Są to smoki, pierwsze zadanie w Turnieju Trójmagicznym. Twoim obowiązkiem jako Śmierciożercy jest mi służyć, tak więc masz sprawić, by smoki wywołały zamęt i zniszczenie. Wypuść je, rozwściecz.- powiedział stanowczo i dodał, zanim zdążyłam odpowiedzieć.- Crucio! Czas na karę, byłaś niegrzeczna.
Okropny ból przeszył całe moje ciało. Jakby tysiące noży przecinało każdy zakamarek mojego ciała, dobijając mnie igłami. Straciłam równowagę i spadłam z miotły, w rezultacie upadając gdzieś w lesie i gruchocząc sobie tysiące kości. Poczułam jak zaklęcie znów mnie trafia i po kolejnej fali cierpienia zobaczyłam ciemność i zapadłam w stan uśpienia, tak zwany powszechnie zemdleniem. 
-Mamusia ? Mamusiu!- krzyczało jakieś dziecko. Nie, nie dziecko. To ja krzyczałam. Malutka, czy raczej nie ? Nie wiem. - Mamusiu, gdzie jesteś?!
Nagle przede mną pojawiła się wysoka, czarno włosa kobieta. Miała piękne, zielone oczy i nosek tak delikatny jak mój. Jej biała suknia powiewała na wietrze i dziwnym trafem po chwili obie stałyśmy na wzgórzu. W dole rozpościerało się morze, woda uderzała o skały, mewy wrzeszczały. Błękitnie niebo powoli ciemniało, a przepiękna kobieta patrzyła na mnie z troską w oczach. Nie wiedząc jak i dlaczego podbiegłam do niej i wtuliłam się mocno. Objęła mnie i wyszeptała dźwięcznym głosem. niczym anioł:
-To nie twój czas dziecko. Wróć i żyj, jest tam bowiem chłopak któremu na tobie zależy. Żyj, pełnią szczęścia. Wróć.
Po wypowiedzeniu tych zdań puściła mnie i podchodząc do krawędzi klifu, spadła w dół. Podbiegłam, krzycząc, lecz nie zauważyłam jej w dole. Jednak po chwili krajobraz zmienił się i znów zobaczyłam ciemność. Przerażającą ciemność.Usłyszałam syk, jakby węża, który znaczył ostrzeżenie. Odwróciłam się i ostatnie co zobaczyłam to wnętrze paszczy Nagini.
 Obudziłam się nagle zlana potem i rozejrzałam w koło, łapiąc się za pogruchotane żebra. Białe ściany, łóżka szpitalne, kamienna podłoga i ... jeden ze Ślizgonów w pół siedzący na krześle, w pół leżący na moim łóżku i trzymający mnie za lewą dłoń, mówiły same za siebie - ktoś mnie znalazł i przyprowadził z powrotem do szkoły. I dzięki wielkie dla tego kogoś, bo inaczej mogłabym się nigdy nie wybudzić. 
-O, wstałaś już.- powiedział Karon, podnosząc się i ocierając zaspane oczy. 
-Mhm ... - przytaknęłam cicho, gdyż nadal bolał mnie każdy mięsień.
-Spałaś parę dni, jutro rano rozpoczyna się pierwsze zadanie turnieju. Trochę się w tym czasie wydarzyło, ale o tym później. Znalazłem cię w lesie, byłaś poobijana, krwawiłaś i na pierwszy rzut oka można było spostrzec, że połamałaś prawie każdą kość w delikatnym ciele. Nie będę kazał ci się teraz tłumaczyć, bo widzę, że nadal cię wszystko boli, ale kiedy wrócisz do zdrowia masz mi o wszystkim opowiedzieć, jasne?!- powiedział zmartwiony. Przez myśl przeszły mi słowa tej pięknej kobiety "Wróć i żyj, jest tam bowiem chłopak któremu na tobie zależy". CHŁOPAK, KTÓREMU NA TOBIE ZALEŻY! - rozniosło się echem po mojej głowie. Czyżby ... ? Nie, na pewno nie ! 
-T.. To jak ? N... na b... bal razem?- powiedziałam, jąkając się, bowiem jak wspomniał chłopak w masce, boli mnie całe ciało.
-Pewnie.- uśmiechnął się i na chwilę odsłonił usta, by dać mi całusa w rozpalone czoło.- Śpij, ja muszę wracać do dormitorium, bo dwa dni tam nie zaglądałem. Dobranoc. 

wtorek, 23 lipca 2013

Zaklęcie 5: Reprezentanci Turnieju Trójmagicznego

Dzień jako taki nie był wspaniały. Trochę łażenia po szkole i nudzenia się to nic szczególnego. Na szczęście wieczorem mięliśmy ubaw. Siedziałam sobie jak zwykle w bibliotece i czytałam, tym razem książkę o smokach. Nagle, jak nigdy, ktoś usiadł obok mnie. Poczułam na ramieniu czyjeś puszyste włosy, a gdy odciągnęłam się od lektury i spojrzałam w bok serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Hermiona Granger siedziała obok, ramie w ramie i czytała to co ja.
-Spadaj stąd szlamo!- rzuciłam. Grr .. Jak ja nienawidzę dzieci mugolów, to okropne, jak można tak bezcześcić czarodziejskie umiejętności. Wracając do rzeczy - kiedy tylko dotarło do niej co powiedziałam, uciekła z płaczem, by wtulić się w swojego Potter'ka. Całą sytuację widział Draco, który prawie zwijał się ze śmiechu, a potem opowiedział o wszystkim reszcie Ślizgonów.
 Wreszcie nastała godzina kolacji. Uczniowie Durmstrang'u siedzieli przy naszym stoliku, przez co było dość ciekawie. Opowiadali o szkole, a Wiktor Krum nie raz przechwalał się zwycięstwami w zawodach światowych quidditch'a. Od czasu do czasu Malfoy próbował mu się podlizać, innym razem oberwał od kuzyna piorunem. Codzienna kolacja. Jednak dziś profesor Dumbledore, najfajniejszy dyrektor świata ogłosił uczestników Turnieju Trójmagicznego.
Reprezentantką Beauxbatons została Fleur Delacour. Po Durmstrang'u mogłam się spodziewać Wiktora, a reprezentantem Hogwartu został Cedrik Diggory. Jednak to nie wszyscy. Kiedy już mieliśmy powrócić do jedzenia Czara Ognia znów zapłonęła czerwienią i wypluła czwartą kartkę, którą dyrcio złapał odruchowo. Ze zdziwieniem na twarzy i przerażeniem w oczach wyczytał:
-Harry Potter.
Wrzawa na sali wyła niezmierna. Kiedy tylko to usłyszałam prawie oplułam Eve sokiem z dyni. Ten-Który-Przeżył początkowo nie ruszał się z miejsca i siedział jak ta trusia przy stole Gryfonów nie wiedząc co i jak. Jednak po chwili wstał i podreptał jak dziewczynka do sali za stołem nauczycieli. Mało nie popłakałam się ze śmiechu, niestety byłam zmuszona przestać, gdyż profesor McGonagal zmierzyła mnie ostrzegawczym wzrokiem.W końcu jednak pozwolono nam w spokoju dokończyć posiłek i wyjść z zatłoczonej sali. Wymknęłam się chyba jako pierwsza z mojego domu, by ominąć tłok na schodach. Byłam już przy wejściu do lochów, gdy nagle żółto czerwone światełko roztrzaskało mi się o szatę. Myślałam, że wykipię ze złości ! Szybko otarłam się z farby w kolorach Gryffindoru i rozejrzałam uważnie. Niestety uciekinierom plan nie wyszedł, gdyż zauważyłam rudą czuprynę za ścianami sowiarni
-Impendiamenta!- krzyknęłam i trafiłam jednego z bliźniaków Weasley'ów, przez co spowolniłam go na pewien czas. Szybko podbiegłam do chłopaka ruszającego się teraz jak ślimak oraz jego brata, który próbował go odczarować.
-Mam was!- zwróciłam się do nich. Miny spowolnionego Fred'a i zdesperowanego George'a były nieziemskie.
-Kurde stary przyłapała nas.- zwrócił się do brata ten z bliźniaków, który nie został trafiony, lecz po chwili odwrócił się do mnie.- No co nam teraz zrobisz Wężownico?
-Wiesz ... Mogłabym was zabić .. -zaczęłam, bawiąc się różdżką.- Ale nie chcę znów odwiedzać Azkabanu, więc dam wam tylko małe upomnienie.
-Pff .. Powodzenia. Expeliarmus!- rzucił już normalny Fred. Szybko odskoczyłam i zaklęcie trafiło w jakąś brunetkę z Ravenclaw. Uciekła z wrzaskiem, a ja postanowiłam kontynuować wymianę zaklęć. Z mojej różdżki wyleciał zielony płomień, który po chwili trafił obu braci, powalając ich na ziemię. Oni postąpili podobnie i w końcu całą trójką tarzaliśmy się po trawie rzucając zaklęcia. Byłam tym tak zajęta, że nie zauważyłam gapiów wokół nas. W końcu podnieśliśmy się na nogi, a ja skorzystałam z okazji i powiedziałam:
-Oppugo!- ptaki które wyczarowałam zaczęły atakować dwójkę przeciwników, którzy teraz ganiali w tą i z powrotem, by je odgonić. Wszyscy wokół śmiali się, niektórzy wręcz płakali ze szczęścia.
 Całe zajście uspokoiła Pamona Sprout, nauczycielka zielarstwa. Skończyło się na upomnieniu oraz odjęciu obu domom 50 punktów. Mimo wszystko warto było ich zaatakować. Jeśli wydawało mi się, że wcześniej byłam sławna, to teraz popularnością zaczynam dorównywać Potter'owi.

czwartek, 11 lipca 2013

Zaklęcie 4: Jednorożec

-Co dziś mamy za lekcje?- zapytałam na dzień dobry, po wejściu do wspólnego salonu Ślizgonów, ziewając.
-Wiesz .. Właśnie wróciliśmy z transmutacji. - zaśmiał się Adrian Pucey, ścigający w drużynie quidditch'a Slytherin'u.- Przespałaś pół dnia kobieto. McGonagall była tak wściekła, że ohoho .. 
-Masz przechlapane, tak samo Karon i ja.- dodał zirytowany Draco. No nieźle, teraz to na pewno nie uniknę kary. Jednak, zauważyłam że blond włosy chłopaka siedzącego na kanapie, pomiędzy swoimi osiłkami, są lekko zmierzwione i opadają pasemkami na twarz. Podeszłam do niego i poprawiłam mu je ładnie.
-Dzięki Riddle.- uśmiechnął się.
-Czy ty serio musisz do każdego mówić po nazwisku?- zbulwersowałam się jak zawsze, lecz nie dostałam odpowiedzi, bo w tej samej chwili do pokoju wpadł profesor Snape, wrzeszcząc na mnie. Trochę wystraszona spokojnie wysłuchałam jego niesamowicie interesującej historii <sarkazm> i z dumą przyjęłam karę. Po lekcjach, wraz z Karon'em mam iść do gajowego Hagrida, za to Malfoy zmuszony jest pomagać w kuchni po kolacji. Biedaczek, współczuję mu. Gdybym tylko mogła, zamieniłabym się z nim, ale znając życie i tak dostanę coś gorszego niż zmywanie tysiąca naczyń. 
 Kiedy opiekun naszego domu wyszedł, udałam się na pierwsze piętro, na historię magii. Straaaasznie nudny przedmiot, podczas którego siedzę i rysuję po książce. Zauważyłam, że wśród uczniów nie ma jedynego syna Lestrange'ów. Ciekawe gdzie się podziewa. 
Trwając w zamyśleniu nie zauważyłam, że lekcja się skończyła i dopiero męski głos wyrwał mnie z zamyśleń.
-Ejj .. Nie powinnaś iść na lekcje ? Ślizgoni już dawno wyszli. - podniosłam wzrok i momentalnie się odsunęłam. Przede mną stał Harry Potter, odwieczny wróg mojego ojca, czyli także mój. 
-Emm .. To nie twoja sprawa Potter. - zawahałam się myśląc, co mogłabym powiedzieć. Strasznie kusiło mnie, by od razu go zabić, ale mój ukochany tatulek zaraz miałby pretensje. W końcu to on chce wykończyć Tego-Który-Przeżył. Nie mogąc nic wymyślić wybiegłam z sali i pokierowałam się do biblioteki. Chociaż tam miałam zawsze chwilę ciszy i spokoju. 
 Znalazłam zaciszny kącik wśród regałów zapełnionych po brzegi starymi księgami. Ostatnio dość często tam przesiaduję, więc znalazłam sobie dość interesujący schowek. 
Odchyliłam delikatnie deskę w starej podłodze i ze schowka wyjęłam egzemplarz "Baśni Barda Beedley'a". Nigdy nie miałam dzieciństwa, a zawsze chciałam to przeczytać, tak więc kupiłam sobie w Hogsmeed, a następnie ukryłam, by nikt się o tym nie dowiedział. Siedząc z kulona w kącie, podłożyłam pod tom baśni książkę "Zaklęcia obronne i ich zastosowanie", by nikt nie zauważył okładki. Pogłębiona w lekturze nie zauważyłam, że minęło wiele godzin i nadszedł czas na karę. Zorientowałam się dopiero, gdy usłyszałam nawoływanie kolegi. Szybko schowałam książkę, tak by nie zauważył i udawałam, że uczę się zaklęć. On zauważywszy to zabrał ode mnie grubą księgę i złapał za nadgarstek.
-Chodź bo już i tak jesteśmy spóźnieni.- powiedział, a w jego głosie można było usłyszeć delikatną nutkę troski. Dziwne, żeby ktoś tak przebiegły i leniwy przejmował się kimkolwiek prócz sobą. Widać pokrewieństwo między nim, a słodkim platynowym blondynem jest prawie że niewidoczne. 
Szybko udaliśmy się do gajowego, którego drewniany, duży dom stał nieopodal Zakazanego Lasu. Sam właściciel chatki stał przed drzwiami i machał do nas, nawołując i poganiając.
-Na czym polega nasza kara?- zapytałam, bo coś mi się wydaje, że będzie to nazbyt łatwe.
-Byłem temu całkowicie przeciwny, ale niestety ...- załamał się Hagrid. Dla każdego zawsze jest taki miły, nawet dla najgorszych.- Musicie wytrzymać całą noc w lesie.
-Spoko.- przytaknęliśmy chórkiem, uśmiechając się. Wspaniale ! Całą noc w lesie pełnym potworów, zjaw i dementorów. Jakież to ekscytujące, po prostu żyć, nie umierać!
 Wszedłszy do Zakazanego Lasu rozejrzałam się, by stwierdzić poziom straszności. Niestety spadł on poniżej zera. Mroczne, stare drzewa sięgające chmur, wystające korzenie, tajemnicze szelesty i dziwne odgłosy. Żenada. Tylko dziecko nabrałoby się na coś takiego, przecież to nie jest straszne. Idąc coraz głębiej między drzewami i krzakami, prowadzona przez Karon'a zastanawiałam się gdzie podziewał się cały dzień. Ten chyba zauważył, że się w niego wpatruję, bo gwałtownie się zatrzymaliśmy, a po chwili staliśmy twarzą w twarz.Podszedł do mnie o krok, a ja o krok się odsunęłam. I tak parę razy.
-Co jest?- zapytał zdziwiony.
-Nic.- uśmiechnęłam się szyderczo, szturchając go i uciekając.- Berek !
Biegłam przez gęstwiny tak szybko, że świat wokół był rozmazany. Ahh .. Opłaca się brać wszędzie ze sobą różdżkę. Nagle coś się przede mną pojawiło, a ja nie zdążyłam wyhamować, wpadają na jakiegoś mężczyznę i przewracając się na niego.
-Ups. .. Przepraszam.- próbowałam wstać, lecz osoba ta obejmowała mnie w talii.
-Mam cię i nie dam ci teraz uciec.- oznajmił czarnowłosy kolega, którego twarz zakrywał również czarny materiał.
-Zdejmij ty to choć raz.- powiedziałam ostrożnie, lecz stanowczo.
-Nie miałem tego na rozpoczęciu i kolejny raz zdejmę dopiero na zakończenie.
Wybuchliśmy śmiechem, zupełnie nie wiedząc czemu. Nawet fajnie się z nim bawiłam. Był zabawny, miły, uczciwy.Chociaż nadal podoba mi się Draco. Tak, przyznaję to głośno, zakochałam się w tym lalusiu. No cóż, każdy ma inny, odmienny gust.
-Dobra mogę zejść ? Twoje mięśnie mi się w brzuch wbijają.- poprosiłam z udawanym grymasem.
-To nie są mięśnie.- uśmiechnął się tajemniczo i położył obok. Zamknęłam oczy, rozkoszując się miękkością wilgotnego mchu i delikatnym powiewem wiatru. I .. Czymś co mnie lizało po twarzy, blee .. Otworzyłam leniwie oczy i serce prawie nie wyskoczyło mi z piersi. Myślałam, że dostanę zawału. Było to coś, czego boję się najbardziej na świecie. Końska postura, jasne włosie i długi, biały róg wystający z czubka głowy. Tak dobrze myślicie, ja córka Lorda Voldemorda, najbardziej na świecie boję się jednorożców.
 Szybko odskoczyłam w tył i przeturlałam się, chwytając różdżkę.
-A idź ode mnie ty nasienie szatańskie ty!- krzyknęłam zachrypniętym głosem i wyciągnęłam przed siebie trzęsącą się rękę w której spoczywała różdżka. Karon już zwijał się ze śmiechu na ciemnej ściółce, a ja miotają różnymi zaklęciami próbowałam odgonić zwierze.
-Drętwota! Bombarda! Crucio! - każde z nich chybiło. W końcu nie wytrzymałam.- Avada Kadavra!
Udało się! Jednorożec leżał jak długi, a ja wstałam na trzęsących się nogach. Chłopak widząc, że nie żartuję z tym przerażeniem szybko się ogarną i podbiegł do mnie w chwili, gdy z powrotem padłam na kolana. Obią mnie czule i powiedział:
-Hej, wybacz. Myślałem, że jaja sobie robisz.
-Spoko, wszyscy tak myślą, nie mam ci tego za złe.- powiedziałam, nadal załamana tym bliskim spotkaniem z czystym złem.

sobota, 6 lipca 2013

Zaklęcie 3: Obrona przed czarną magią

 Już z samego rana zmuszeni byliśmy wstać, by iść na lekcje. Wspaniale ! Nie dali się wyspać, ale opłacało się. Pierwszą lekcją była obrona przed czarną magią. Draco zaprowadził mnie do klasy i pokazał miejsce obok niego.
-Siadaj.- uśmiechnął się, odsuwając krzesło. Ale z niego dżentelmen. Nie musieliśmy zbyt długo czekać, gdyż po chwili w sali pojawił się dziwny człowiek, który dzień wcześniej zatrzymał burzę w Wielkiej Sali. Niewysoki mężczyzna, ze sztucznym okiem, ubrany jak jakiś bezdomny.
-Alastor Moody, były auror, krytykant ministerstwa.- przedstawił się, pisząc coś na tablicy, a następnie rzucając kredą na drugi koniec sali.- Nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. Jestem tu, bo Dumbledore mnie o to prosił i koniec! Macie jakieś pytania?
-Będziemy praktykować, czy uczyć się zaklęć z książek?- wyskoczyła Diana. Kiedy wstawała, by zadać owe pytanie jej blond włosy ociekły z niedbałego koka i opadły luźno na ramiona.
-Właśnie miałem o tym wspomnieć. Co się tyczy czarnej magii wyznaję praktyki. A teraz usiądź panno ... - zamyślił się, nie znając dziewczyny.
-Diana Narcyza Malfoy.- przedstawiła się i usiadłszy z dumą poprawiła włosy. Wtedy to pan Moody zapytał o zaklęcia niewybaczalne. Zgłosiłam się jako jedyna w klasie, choć wiedziałam że większość z uczniów je zna, lecz boi się nowego profesora.
- Istnieją trzy zaklęcia niewybaczalne. Nazywają się tak, gdyż są zakazane, za ich użycie grozi dożywocie w Azkabanie. Są nimi : Avada Kadavra, Crucio oraz Imperio. To pierwsze zabija, drugie torturuje, a trzecie przejmuje kontrolę nad osobą, na którą rzucamy owe zaklęcie. - powiedziałam.
-Dobrze! Ministerstwo uważa, że jesteście jeszcze za młodzi, by znać te trzy zaklęcia. Aż niesamowite, że ta oto wasza koleżanka umie je wszystkie. Powiedz, skąd o nich wiesz?- zadziwił się Alastor, przez co na moje usta zagościł uśmieszek dumy.
-Od ojca.- powiedziałam, wywołując szmery w klasie.- Tom'a Riddle'a.
 Tego już nauczyciel nie skomentował i zaczął swoją gadkę o zaklęciach niewybaczalnych, szukając czegoś zawzięcie między słoikami i pudełkami ze stworzeniami. Wziął małego pajączka, powiększył go i potraktował zaklęciem Imperio. Latał pajączkiem z ucznia na ucznia, wszyscy się śmiali lub panikowali. Potem nastała cisza, bowiem rzucił nim o szkło, a potem próbował utopić, opowiadając. Następnie zgłosił się Longbottom, podając zaklęcie, o którym już wspomniałam - Cruciatus. Wtedy to na naszych oczach Moody postanowił potorturować pajączka. Nie chciałam nic mówić, ale to było straszne. Wiem, że jako córka Sami-Wiecie-Kogo powinnam być odporna na cierpienie i ból, których nie raz doświadczyłam, ale tak nie jest. Mimo wszystko jestem wrażliwą dziewczyną.
 Wtem wyskoczyła Granger, chcąc zatrzymać nauczyciela. Ten przestał i położył pajączka na jej książce i poprosił o podanie trzeciego zaklęcia niewybaczalnego. Gdy odmówiła sam chciał je rzucić, ale Diana go wyprzedziła i krzyknęła, wskazując różdżką na zwierze:
-Avada Kadavra!
Oczy każdego zwróciły się ku niej, kiedy stworzenie umarło.
-Zaklęcie uśmiercające. Znam tylko jedną osobę, która je przeżyła i siedzi w tej klasie.- nauczyciel podszedł do Harry'ego Pottera, który siedział rząd dalej niż ja. Kiedy pan Alastor kończył wypowiedź, spojrzałam na osobnika siedzącego obok mnie, który przez ten cały czas siedział niewzruszony, rysując coś na kartce. Spojrzałam chyłkiem co to takiego. Chłopak no cóż, jak to chłopak talentu zbyt dużego nie ma, ale siebie samego, wygrywającego mecz quidditch'a to narysować umie.
 Następne było zielarstwo. Niezwykłą wiedzą na temat roślin i ich właściwości wykazał się Karon, który jako jedyny w Slytherin'ie miał jakiekolwiek pojęcie na ten temat. Potem udaliśmy się na moje ukochane eliksiry, a zaraz po nich na historię magii, po której nastąpiła długa przerwa. Wraz z synem Bellatrix, jego kuzynem, kuzynką i siostrą Pottera udaliśmy się na boisko, gdzie Wiktor Krum uczył nowych kolegów paru sztuczek w quidditch'u.
-Ale ciacho.- skomentowała go Eve. Całą czwórką spojrzeliśmy na nią spode łba, jak na idiotkę. Tylko nienormalnym dziewczyną mógłby podobać się ktoś taki. Owszem, miał w sobie to coś, ale ... W tej szkole jest uczeń o wiele lepszy od niego. Tak, dokładnie chodzi mi o pewnego aroganckiego blondyna, nienawidzącego szlam.
 Kiedy obok nas przeszła para rudych bliźniaków, Karon nie wytrzymał i krzyknął:
-Rudych trzeba tępić !- po czym strzelił w nich piorunem. Ale ubaw ! Wręcz zginaliśmy się ze śmiechu, dwójka z nas nawet się popłakała. Początkowo myślałam, że ten zamaskowany chłopak jest trochę dziwny, ale teraz wiem, że jedyne o co mogę go podejrzewać to to, że mimo wszystko wywołuje we mnie cień zaciekawienia, tajemnicy.
Nagle usłyszeliśmy dzwon z wierzy zegarowej, oznajmujący obiad. Powoli wstaliśmy, by udać się do sali, lecz nie jeden z nas. Jedyny syn rodziny Lestrange'ów szyko podniósł się na równe nogi i pobiegł w stronę pomieszczenia, gdzie podane zostało jedzenie.
-A ten co tak szybko?- zdziwiłam się.
-Jest wiecznie głodny.- zaśmiał się Draco.- Ahh .. Ten kuzynek.
Kiedy przyszliśmy w Wielkiej Sali już zgromadziła się większa liczba uczniów, a Ślizgon z zakrytą twarzą zajął nam miejsca i zajadał się ogonami węża, które jak widać bardzo lubił, bo wchłonął prawie całą miskę. Ja jednak postawiłam na coś mniej tuczącego i nałożyłam sobie sałatkę z warzyw z ogrodu Hagrida oraz troszkę ziemniaków i udko kurczaka. Chociaż jedno dziwi mnie niezmiernie - jak można jeść potrawkę z piór hipogryfa oraz korzenia dyptanu. Ślizgoni coraz bardziej mnie zadziwiają. W końcu, po długich minutach wysłuchiwania błagań, spróbowałam tej dziwnej, różowo szarej mieszanki i muszę przyznać, że jest znośna. Nie tak dobra jak mugolskie jedzenie, ale da się przełknąć.
 Pod wieczór siódmoklasiści wrzucali zgłoszenia do Czary Ognia. Ja, wraz z Malfoy'em i jego siostrą siedziałam i śmiałam się z idiotów, którzy próbowali przechytrzyć magiczny krąg wokół kielicha, który wyczarował dyrektor. Bliźniacy Weasley ponieśli klęskę, a potem najlepszy najsławniejszy uczeń  Durmstrangu zgłosił się do Turnieju Trójmagicznego. Zauważyłam, że między nim, a tą durną szlamą - Hermioną - jest chemia. Biedna Potterówna, będzie zawiedziona gdy jej o tym powiem.
 Po kolacji, która odbyła się od 19:00 do 20:00 w salonie wspólnym Ślizgonów opowiedziałam wszystkim o moim zacnym spostrzeżeniu.
-Ohoho .. Wielki pan Krum robi BUM na widok szlamy.- śmiali się uczniowie.
-Jeśli przyjdą razem na Bal Bożonarodzeniowy to będzie żart stulecia.- mówili inni. Ja nie widziałam w tym nic dziwnego, w końcu pasowaliby do siebie. Przeciwieństwa się przyciągają. On jest siłaczem, ona kujonką, słodka byłaby z nich parka.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       

środa, 3 lipca 2013

Zaklęcie 2: Hogwart

To niesamowite ! Jeszcze z godzinę temu siedziałam w pociągu, rozmawiając z nowym znajomym, a teraz jestem tu - w Hogwarcie ! Pierwszoroczniaki zostały wspaniale powitane oraz uroczyście przydzielone do domów i wreszcie nadeszła kolej na mnie.
-A teraz Tiara Przydziału powie nam do jakiego z domów trafi nowa uczennica czwartego roku Faye ... - dyrektor zawahał się, spojrzał na starszą czarownicę (pewnie nauczycielkę) oraz gajowego i dokończył.- Faye Riddle!
 Szumy, okrzyki strachy, czy sprzeciwu wybuchły na sali. Spodziewałam się tego, więc mój wyraz twarzy pozostał nie zmieniony. Nagle Dumbledore przyłożył swoją różdżkę do gardła i krzyknął, by uciszyć uczniów. Ponownie zaprosił mnie do siebie, więc podeszłam do niskiego drewnianego stołka, by po chwili usiąść na nim. Mężczyzna założył mi na głowę starą czapkę czarodziejską, która po chwili zastanowienia powiedziała na tyle głośno, by wszyscy obecni usłyszeli moją przynależność.
-SLYTHERIN!
 Ślizgoni energicznie bili brawa i wiwatowali, wyraźnie zadowoleni, że dołączyłam do ich domu. Myślałam, że będą zawiedzieni, a tu ? Niesamowite.
Kiedy już usadowiłam się przy stole obok platynowo-włosego blondyna, świece pod sufitem pojaśniały jeszcze bardziej i dyrektor ponownie przemówił:
-A teraz, gdy wszyscy są przydzieleni do domów chciałbym coś ogłosić!- nagle do sali wbiegł jakiś pomarszczony, skulony dziadunio, ledwo trzymając się na nogach.- W nadchodzących miesiącach będziemy mieli zaszczyt uczestniczyć w bardzo podniosłym wydarzeniu, które nie miało miejsca od ponad wieku.
 Nagle przerwał, by chwilę porozmawiać z tym starym człowiekiem. Usłyszałam też jak Draco szepcze mi cicho do ucha, że jest to Argus Filch, woźny. Wiele uczniów nie przepada za charłakiem, nawiedzają go i stroją mu różne żarty, szczególnie bracia Fred i George Weasley, największe rozrabiaki w szkole.
- Więc tego roku w Hogwarcie będzie mieć miejsce niezwykłe wydarzenie, Turniej Trójmagiczny.- na sali wzrosły szepty podniecenia.- Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, w tym turnieju reprezentanci trzech szkół zmagać się będą w trzech konkurencjach. Każdą ze szkół reprezentuje tylko jeden uczeń, ale uwaga śmiałek ten musi działać sam i lepiej mi uwierzcie, ten turniej nie jest dla bojaźliwych, ale o tym potem. A teraz powitajcie wraz ze mną urocze damy z Akademii Magi Beauxbatons oraz ich dyrektorkę Madame Maxime.
 Na salę wbiegły tańcząc i wzdychając do chłopaków dziewczyny w błękitnych mundurkach i delikatnie sterczących czapeczkach. Poruszały się z niezwykłą gracją, jak przystało na prawdziwe damy. Za to ta cała Maxime to niezły kawał baby. Miała przynajmniej ze trzy metry wysokości, może trochę przesadzam. Na pewno była wielka, bo przewyższyła nawet Dumbledore'a. Po ich wspaniałym występie sala zawrzała oklaskami i wiwatami osobników płci męskiej. Jednak nie minęło zbyt wiele czasu, a dyrektor uciszył nas i równie wspaniale co poprzednio powitał Instytut Magi Durmstrang i ich dyrcia. Niezłe z tych chłopaków ciacha. Weszli jak jakieś wojsko na salę, waląc o podłogę i wymachując kijkami na wszystkie strony. Z różnych stolików można było usłyszeć westchnienia fanek Wiktora Kruma. Przyznam, niezłe z niego ciacho.
 Po wszystkich pokazach wreszcie mogliśmy zjeść spokojnie kolację. Ohh ... Jaka ja byłam głodna. Od razu zabrałam się za wciąganie udek kurczaka i czegoś, co Karon nazywał "oddechem smoka". W rzeczywistości była to super ostra papryczka, której prawie nie poczułam, wzbudzając tym samym w innych obecnych przy stole zachwyt.
-No dobra Faye, opowiedz nam coś o sobie.- powiedziała blondynka, siedząca na przeciw Draco.- Właśnie, gdzież moje czysto-krwiste maniery. Jestem Diana Narcyza Malfoy, siostra tegoż oto durnego osobnika, siedzącego obok ciebie.
-Emm .. Co ja mam o sobie opowiadać. Wiadomo, czyją jestem córką, więcej wiedzieć nie musicie.- powiedziałam jak najmilszym tonem. Nie chciałam ich urazić, po prostu mój życiorys opierał się na więzach krwi i chyba to zrozumieli, bo nie pytali o nic więcej.
 Nagle na salę wnieśli jakieś dziwne pudło i pan Albus poprosił nas o uwagę. Powiedział, że osoba, która wygra turniej na zawsze pozostanie sławna, bla bla bla ... Nagle sufit zmienił się w burzowe chmury i zaczął walić piorunami. Jakiś koleś ze sztucznym okiem rzucił zaklęcie i wszystko wróciło do normy. Rozpoznałam go od razu - Szalonooki Moody. Co on tu robi ? Gdyby tego było mało jakiś gościu z Ministerstwa właśnie oznajmił, że dzieciaki poniżej siedemnastu lat NIE mogą brać udziału w Turnieju Trójmagicznym. Potem dyrektor otworzył pudło stojące na środku podium i naszym oczom ukazał się wielki kielich, płonący niebieskim ogniem, do którego uczniowie chcący wziąć udział w tym gównie mają wrzucać karteczki z imionami i nazwiskami. Norma. Tak więc Czara Ognia została ukazana, a turniej uroczyście otwarty. Nareszcie mogliśmy w spokoju pójść do dormitoriów. Ależ byłam zmęczona.
 W salonie wspólnym Slytherin'u zatrzymał mnie Karon.
-Co jest?- zapytałam.
-Wiesz... Tradycją tego turnieju jest Bal Bożonarodzeniowy i ... - zająkał się.
-Iiii ? No mów no .
-Czy nie zechciałabyś pójść ze mną na ten bal ? - wykrztusił, trochę zaczerwieniony. Sama przez to zalałam się rumieńcem, ale cóż ... Pierwszy raz usłyszałam coś takiego, w końcu dopiero dzisiaj poznałam prawdziwych ludzi.
-Umm .. Pewnie.- odparłam nawet zadowolona. Karon był słodki i fajny. No i gardził Potter'em, jestem pewna, że tatuś by go polubił. Odprowadziłam go pod pokój chłopców i pocałowałam w policzek na dobranoc, po czym udałam się do sypialni dziewcząt. Tylko otworzyłam drzwi i usłyszałam głośnie:
-Uuuuuu ...
-O co wam chodzi?- zapytałam zdziwiona.
-No wiesz. Najpierw flirtujesz z Malfoy'em, teraz z Lestrange'm. Kobieto zdecyduj się na jednego.- zaśmiała się Eve, siostra Harry'ego.
-Ale ... Ja z nikim nie flirtuje. Dobra dajcie mi się umyć i położyć, bo zmęczona jestem.- oczywiście musiałam powiedzieć to tak dumnie, że aż przestały się czepiać. Spokojnie podreptałam do łazienki, a następnie do miękkiego, dużego łóżka. Kiedy światło zgasło, usłyszałam ciche "dobranoc" od strony Astorii Greengrass. Wszystkie odpowiedziałyśmy jej chórkiem i zapadłam w głęboki, spokojny i upragniony sen.